poniedziałek, 20 lutego 2017

Uszczerbków na zdrowiu ciąg dalszy

Laura ma się lepiej. Przez ostani tydzień urzędowała z dziadkiem i super trafiliśmy w rozkład dziadkowych przyjazdów, bo gdy wreszcie Mała odzyskała siłę na zabawę dziadek był jej najlepszym kompanem.

I powiem Wam, że to TAAAKA wygoda mieć mojego tatę w domu. Naczynia pozmywa, dziecko zabawi, ziemniaki zetrze, a potem jeszcze pożałuje, że Kasia taka zmęczona i mi stopy wymasuje. Normalnie dziadek - skarb. Aż żal, że tak szybko wyjechał.

Do laurowego słowniczka w tym tygodniu doszło:
muz - tur. banan
:-)
Bo Laura na bananach głównie żyje :-)
I wszystko byłoby pięknie, wczoraj Laura podekscytowana, że następnego dnia pojedzie "do dzidzi" /do dzieci/ czyli do niani po 2-tygodniowej nieobecności. Plecaczek spakowany, ubranka przygotowane i wtedy nagle moje dziecko samo chyba o swoje nogi dało nurka i główką uderzyła we front kanapy. Nie wyglądało to groźnie, ale gdy H. ją zebrał z podłogi nogi się pod nami ugięły. Przez całą prawą powiekę, tuż nad oczkiem, biegła czerwona szrama i w oczach powieka puchła i stawała się coraz bardziej purpurowa. No pech na całego. Po wymacaniu cholernego mebla okazało się, że Laura uderzyła w to akurat miejsce, w którym pod tapicerką narożnika zaczyna się drewniana skrzynia na pościel :-(((((( Humor spieprzony na cały dzień, a mieliśmy plany na spacer, na zakupy puzzlowe w Smyku itp. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Resztę dnia Laura przeleżała na moich kolanach ze smętną buźką co chwilę pokazując nowe "ała", a krótko po samym wypadku zasnęła co zdarza się jej już naprawdę rzadko. 
Niestety nie pozwoliła nam za bardzo zrobić zimny okład wiec musiały wystarczyć przytulaski. Z obawami, ale po eksperymencie na sobie zdecydowałam się posmarować jej powiekę altacetem i chyba przyniosło to jej małą ulgę. Na jakiekolwiek zabawy odzyskała chęć dopiero późnym wieczorem. Miałam nadzieję, że przez noc opuchlizna jej zejdzie, ale niestety prawe oczko wciąż jest opuchnięte i fioletowe.
Dzisiaj idziemy na kontrolę z uszami to przy okazji pokażemy i oczko. 
Co za fatalna seria, mówię Wam!




niedziela, 12 lutego 2017

Wszystkie babcie w odwiedzinach

Styczeń miał mi się tradycyjnie ciągnąć i ciągnąć, a tymczasem ani się obejrzałam, a mamy już luty. Może to dlatego, że wiele się działo. Ledwo otrząsnęliśmy się po Świętach i Nowym Roku, zaczęliśmy odliczać dni do przyjazdu teściowej i siostry męża. Gdy wreszcie przyjechały przyznam, że dla mnie zaczął się okres odpoczynku. Laura pięknie je przywitała padając stęsknionej babci i cioci w ramiona :) Teściowa prawie się obraziła na moją propozycję, że zawiozę Laurę do niani, a one sobie pozwiedzają. Teściowa oznajmiła, że przyjechała dla wnuczki i tak, przez całe 10 dni Laura mogła się spokojnie rano wysypiać i bawić z ciocią :-) Dla mnie to było mega wygodne, bo odpadły mi jazdy do niani i stanie w niekończących korkach. Jeździłam sobie do pracy z mężem, pełen komfort ;-) Po powrocie do domu obiadek już czekał... Szkoda, że tak szybko minęło. 

Tymczasem Laurencja rośnie jak na drożdżach. Oczywiście i w tym miesiącu nie obyło się bez chorób i przeziębień. Najpierw walczyliśmy z katarem, potem z gorączką. Pojawiała się popołudniami i to całkiem wysoka, dochodząca nawet do ponad 38 stopni. Oprócz gorączki innych objawów nie było, Laura brykała jak zwykle. Zbijałam więc temperaturę i zawoziłam ją do niani... z ogromnymi wyrzutami sumienia. Jak na złość nie mogłam nigdzie dostać się do lekarza. Udało się, gdy gotowa już byłam zrobić obławę pod gabinetem pediatry i nie odchodzić dopóki mi dziecka nie zbadają. Szkoda słów na taką służbę zdrowia... Niestety pediatra nie powiedziała niczego odkrywczego - pewnie jakiś wirus. Wreszcie dobiłyśmy do weekendu i już ze spokojem miałam się dzieckiem zaopiekować, gdy zupełnie nagle Laurze przeszło, a rozłożyłam się ja :-] Rany, gdzie się podziała cała moja odporność... Co miesiąc jestem chora. Myślałam, że ducha wyzionę, gdy musiałam sprzątać & gotować & opiekować się dzieckiem, a teściowa w drodze ;-) i nic a nic nie pomagały jej prośby, żebym spokojnie leżała, że ona wszystko posprząta i ugotuje. Ot, cały mój pedantyczny charakterek...

Laura była wniebowzięta przyjazdem babci i cioci i oczywiście prezentami, które przywiozły ;-) W ogóle "hała" (tur. hala czyli ciocia) była atrakcją przez cały ich pobyt choć oczywiście z tendencją spadkową. No i gdy pod koniec ich pobytu wracaliśmy z H. do domu to jednak priorytety naszego dziecka się diametralnie zmieniały i ciocia z babcią nie mogły się nawet do niej zbliżać. Ale co użyliśmy to nasze. Zaliczyliśmy kilka samotnych wypadów bez dziecka, byliśmy nawet w kinie i to na Sztuce kochania, która pomimo naszych obaw okazała się całkiem zabawna i przyjemna ;-) 

Szkoda, że nie możemy sobie pozwolić na ten luksus częściej :-( pobyt naszych gości z Turcji szybko się skończył, a my musieliśmy znowu wbić się w szarą codzienność. Oczywiście najwięcej zmian czekało mnie... Znowu gonitwa, korki, gotowanie, planowanie itp. Laura wróciła do niani bez większych dramatów, podobno dzieci ją wyściskały :-)

Szkoda tylko, że była tam zaledwie 4 dni i ZNOWU jest chora. Od piątku walczymy z jakimś paskudnym przeziębieniem. Katar mega, kaszel mega i do tego gorączka 38-39 stopni. H. w tym tygodniu zalicza pobyt z córcią w domu. Bidulkę gardło boli i nie chce nic jeść :( Wciąż kombinuję co takiego wymyślić, ale z racji na jej ogólne niejadkowanie to już sama nie wiem czego możemy spróbować.

Na koniec, z racji, że minął już kolejny miesiąc laurencjowego życia, małe podsumowanie:
- Laura gada. Gada przez cały czas, głównie po swojemu, ale coraz więcej pojawia się słówek. Z tych które pamiętam:
hała - po turecku ciocia
dzidzi - dziecko
adziła - to ayicik po turecku czyli miś, ale mamy też:
miś - pięknie i ładnie po polsku
ko - kot

Na mnie od dłuższego czasu mówi "nienie" i nikt nie wie o co chodzi. Ja naprawdę nie krzyczę do dziecka co chwilę "nie!" :-)

Zwierzątka Laura nazywa głównie odgłosami jakie wydają:
łała - pies
koko - kura
muuu - krowa
iha - koń
cik cik - tak
mee - owca

Poza tym moje grzeczne ;) dziecko mówi:
kuje - czyli dziękuję (również kiedy ktoś kichnie :))
dzenia - do widzenia

Codziennie dopisuję do mojej listy coś nowego.

Dzisiaj (edit. 12.02.2017) "kubka" - Laura chciała herbatkę z kubka, nie z butelk :)

Poza tym:

- klocki Lego przechodzą renesans popularności. Laura co chwilę je wyciąga i w zabawie wykazuje coraz większą kreatywność. Czasem wkurza się, gdy nie może połączyć klocków i wtedy nas woła, ale ogólnie bawi się sama (od warunkiem, że mama albo tata są tuż obok). Oczywiście uwielbia rozwalać wieże :)

- uwielbia bawić się w lekarza. Na 2. urodziny dostała od dziadków kuferek medyka i to był strzał w dziesiątkę. Jesteśmy codziennie badani przez lekarza o sadystycznych skłonnościach. Gdy tylko przychodzi kolej na młoteczek albo co gorsza strzykawkę, odnotowujemy złowieszczy błysk w laurowym oku. Chociaż staramy się uczyć ją delikatności to młoteczkiem potrafi nam ta przygrzmocić, że nie raz już miałam sine kostki. A strzykawka to inna bajka. Niestety na YouTubie wyczaiła jakiś głupi filmik, na którym zastrzyk robi się na gołą pupę i teraz za każdym razem ściąga sobie spodnie i wypina pupę. Przez ubranie być nie może. Dostaliśmy żółte światło by kontrolować jej poczynania w internecie.

- jednak jest też kilka dobrych stron YT. Laura zupełnie sama oglądając filmiki dla dzieci w telefonie nauczyła się kolorów po angielsku. Potrafi wszystkie pokazać i stara się też powtarzać. Najlepiej wychodzi jej "blue" i "black" ofkors :)

Edit:

Ten post powstaje już drugi tydzień... Gdybym miała jeszcze trzecią, a nawet i czwartą rękę wciąż byłoby mało - tyle roboty ogarniam wokół siebie. Ostatnio i tak wszystko schodzi na dalszy plan, bo Laura non stop choruje :-( Do jej wiecznego kataru zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ale gorączka, która pojawiła się nagle i zaczęła przekraczać 39 stopni poważnie nas zaniepokoiła. Oglądało ją trzech lekarzy (w tym jeden na 3h przed tym jak pojawiła się gorączka - szkoda gadać) i wszyscy twierdzili, że osłuchowo ok, gardło tylko trochę czerwone, uszy pozatykane, ale ze spokojem możemy czekać na wizytę u laryngologa, którą udało mi się umówić na koniec lutego, inhalować i tyle. H. został z Laurą na cały dzień w domu. Laura niestety zamiast czuć się coraz lepiej, czuła się chyba coraz gorzej... Do temperatury doszedł mega katar, duszący, doprowadzający do wymiotów i totalne opadnięcie z sił. Wiecie, Laurencja, która jest tak energiczna, że normalnie chodzi po ścianach, przez ponad trzy dni przeleżała padnięta na kanapie. Aż żal było patrzeć. Do tego H. (jak zwykle! nie wiem czy to bardziej psychika gra rolę czy o co kaman, ale tak jest zawsze, serio!) po kilku dniach oznajmił, że On też się źle czuje. Całe szczęście, że mam na tyle elastyczną pracę, że mogę pracować z domu, bo już w środę musiałam zjechać w ciągu dnia do domu. H. napisał mi, że Laura ma ponad 39 stopni i wymiotuje co chwilę, bidulka moja. Zawołałam jeszcze raz lekarza, a ten znowu potwierdził wersję poprzednich z tym, że wreszcie wypisał receptę na antybiotyk. Zadzwoniłam do mamy, żeby się wyżalić, a mama mocno mną wstrząsnęła, że skoro osłuchowo okej, to przyczyna musi tkwić w uszach i że mam gnać do laryngologa prywatnie, robić obławę na gabinet itp. No i posłuchałam. Jeszcze tego samego dnia udało mi się umówić na wizytę tuż obok naszego domu. H. był już porządnie chory więc miałam iść sama z Laurą. Nie skłamię pisząc, że byłam przerażona. Już sobie wyobrażałam jak będę się szarpać z wyrywającą Laurą. Zapowiadało się faktycznie niefajnie, bo Laura wciąż rozpalona, po 10min. czekania pod gabinetem stwierdziła, że ona chce do taty i koniec. Gdy weszłyśmy do gabinetu była już mocno znudzona. Pani doktor kazała trzymać główkę i wyciągnęła wieeeelkie dłutko, jakby ogromną igłę. Zdążyłam tylko zapytać czy to będzie bolało i usłyszałam, że nie powinno. Laura znieruchomiała totalnie. A potem... to co lekarka wyciągnęła jej z uszka na długo zapamiętam. Zdaje się, że moje dziecko nie słyszało dobrze przez to świństwo od dłuższego czasu :-( Gdy pierwsze uszko zostało oczyszczone, Laura złapała się z uśmiechem i totalnym zaskoczeniem za ucho i dała mu buziaka... normalnie jakby w podzięce :-) aż głupio mi się zrobiło, że tak długo z tym czekaliśmy. Z drugim uszkiem było trochę trudniej i ostatecznie pani doktor zdecydowała się na płukanie. Jednak i to Laura zniosła nad wyraz dobrze. Okazało się, że w obu uszkach jest ostre ropne zapalenie i stąd ta gorączka, katar itp. :-( 

Lecimy wiec z dwoma antybiotykami. W czwartek wieczorem do pomocy przyjechała moja mama, bo już nie ogarnialiśmy. Ja, owszem w domu, ale z pracą przed komputerem, Laura chora, H. chory i również z gorączką. W domu istny sajgon, wszędzie leki, na gotowanie obiadu nie miałam absolutnie czasu. Mama przyjechała, nagotowała nam na cały tydzień i dzisiaj wyjechała. Na jej miejsce przyjeżdża mój tato, bo Laura niestety przez cały ten tydzień musi jeszcze zostać w domu :-( Całe szczęście, że lekarstwa już zadziałały, chociaż co musimy się nagimnastykować z podawaniem antybiotyku to nasze :S, Laura odzyskała siły, przestała gorączkować i wszystko zmierza ku dobremu. Zabawa z dziadkiem dobrze jej zrobi, bo widzę, że zaczyna się nudzić. 

Szkoda tylko, że z apetytem jest wciąż kiepskawo... 

No więc same widzicie, że u nas armagedon. Mam zaległości nie tylko tutaj, ale i u Was :-(

Laura doczekała się pluszakowego Pepee, który przyjechał z babcią aż z Turcji :-)
A tu już chora :-\




sobota, 14 stycznia 2017

Tata

Wiecie co teraz robię?

Siedzę sobie sama i popijam winko :D 

Taki luksus mi dziecko od kilkunastu dni funduje. Zasypia TYLKO z tatą.

Przeżywamy miłość do taty na całego. Tata, tata i tylko tata. Jest smutek, gdy wracamy do pustego mieszkania i jego tam nie ma, milion pytań o to kiedy wróci i oczekiwanie pod drzwiami oraz ogromna radość, gdy wraca z pracy. Gdy w sobotę tata chce pospać rano dłużej jest co kilkanaście minut odwiedzany w łóżku i obdarzany całusami. Gdy wychodzi do sklepu na dosłownie 5 minut jest witany uściskami i buziakami jakby nie było go kilka dni. I tylko on może dziecko myć, ubierać i ogólnie oporządzać.

Jest mi z tym tak dziwnie, tak jakoś nowo, że jeszcze nie umiem powiedzieć co o tym myślę.

...choć podoba mi się, że już nie mam wyłączności na dziecko. Dzielenie się jest fajne ;-) w szczególności obowiązkami :-P


środa, 4 stycznia 2017

Laurencjowe wejście w 2017

Najlepsze życzenia noworoczne dla wszystkich., którzy tu zaglądają! Bądźcie zdrowi i niech spełniają się Wasze marzenia! :-)

My po Świętach i tygodniowym urlopie powoli wdrażamy się w szarą codzienność... trochę boli, ale co zrobić.

Jeszcze przed Świętami przy okazji ostatniego posta życzyłyście mi przyjemnego dnia wolnego bez męża i dziecka :-) Dziękuję wszystkim i melduję, że udało się :D Zaliczyłam szybciutkie zakupy i choć przy okazji, gdy po wejściu do trzeciego sklepu zaczęłam spoglądać na zegarek z poczuciem straty cennego czasu stwierdziłam, że okropnie się zestarzałam ! (jak ja to robiłam, że w czasie studiów potrafiłam obskoczyć dwie galerie handlowe????) to wszystko było na plus. Duży plus. Krótkie, bo krótkie, ale zakupy dały mi dużo przyjemności. Bez stresu, bo świąteczne prezenty miałam już z grubsza ogarnięte, zostawiłam sobie jeszcze kilka drobiazgów do dokupienia dla naszego Juniora. I wiecie co? Super fajowo jest kupować świąteczne prezenty dla dzieci! To właśnie w tych dzieciowych sklepach najłatwiej było mi poczuć magię Świąt, która odczuwalna jest chyba tylko przez najmłodszych. Po zakupach miałam jeszcze czas na kawę w domu, a potem sruuu na masaż. Oby więcej takich dni w Nowym Roku.

Święta... Byliśmy przerażeni perspektywą wyjazdu z miasta w piątek po południu, bo choć mój szef zrobił nam mega prezent w postaci wolnego dnia, to H. musiał niestety zasuwać do pracy. Już widzieliśmy siebie jadących 5h i stojących w mega korkach, a tymczasem nie było tak źle. Laura na sam koniec przysnęła, ale na widok dziadka uruchomiła natychmiast swoje zapasowe baterie, które pozwoliły jej skakać jeszcze przez prawie 3h :-) 

Święta minęły szybciutko, trochę za szybko, bo ja najbardziej lubię ten czas oczekiwania na nie. W drugi dzień Świąt H. musiał wracać na 2dni do Wrocławia, a my z Laurą zostałyśmy z dziadkami. Dziecko moje tak się rozkręciło z mową, że nie nadążam notować nowych osiągnięć! Pięknie mówi "dziadzia", "ciocia", "dziękuję" /wymawia "kuję" :) za każdym razem gdy powie się jej "proszę" - normalnie dziecko 1.klasa!/, pokazuje oczy, uszy, nos, włosy po polsku i turecku, mówi bałwan, pokazuje kotka, wie, który samochód jest nasz, a który cioci, a zapytana gdzie jest Laura/Karya słodko pokazuje na siebie paluszkiem :))) No mądrala jest, mówię Wam!

Oczywiście pieski robiły furorę, a ja z nostalgią spoglądałam jak mi dziecko wyrosło. Warto też odnotować, że po raz pierwszy od ponad 2 lat dane mi było zjeść coś ciepłego w Wigilię :-) Może mało tradycyjnie, ale postanowiliśmy tuż przed kolacją otworzyć pierwszy laurowy prezent i tak otwierać kolejne, w odstępach, gdy znudzi się poprzednim. Taktyka zadziałała i mogłam się najeść :-) Wszystko było pięknie oprócz tego, że w pewnym momencie Laurencja wbiła sobie do głowy, że bez cycusia nie odpuści i przed całą familią zrobiła mi scenę uwieszania się na maminym dekolcie... miodzio :-]]]]

Jeszcze przed Sylwestrem uprosiliśmy u dziadków przepustkę dla rodziców i tak dane nam było po śniadaniu wyjechać w siną dal i wrócić wieczorem. Sina dal była tylko 30km dalej i znowu przypomniała nam, że się zestarzeliśmy. Na myśl o kinie i łażeniu po mieście czy jakiś, broń Boże, galeriach, od razu byliśmy zmęczeni. Bez wyrzutów sumienia zabukowaliśmy więc sobie dzień w hotelu i spędziliśmy go oglądając filmy z łóżka i podgryzając chipsy i niezdrowe żarcie. Taka samotność, tj. bez dziecka, to był dla nas mały szok. Przez pierwsze 2 godziny oboje czuliśmy się tak... pusto, jakby ktoś kazał nam czekać 2h w pustej poczekalni bez telewizora i telefonu ;-) Ten dzień był super, tak jakby podróż na jeden dzień do przeszłości. Już planujemy powtórkę, bo niedługo będzie okazja ;-) pod koniec stycznia odwiedzi nas turecka babcia i turecka ciocia :D

Sylwester również spędziliśmy u moich rodziców. Planowaliśmy Laurę wykąpać wcześniej, a potem pozwolić brykać aż padnie, a tymczasem już przed 21, po zaledwie kilku tańcach odtańczonych przed TV, moje dziecko pokazywało rączką sypialnię. Dla nas oznaczało to tyle, że trzeba było zachowywać się cicho, bo u moich rodziców nie ma drzwi do sypialni :((( Było więc aż za dużo czasu na rozmowy przy stole, które trochę nam się czkawką odbiły, niepotrzebnie. Tydzień przebywania non stop razem plus inne niezidentyfikowane czynniki sprawiły, że jakoś nerwowo się zrobiło, totalnie bez sensu. Próbowałam łagodzić sytuację, ale co się rozkręciło to już nie dało się odkręcić więc tuż po północy ku zdziwieniu co niektórych poszłam spać. Następnego dnia przyszedł czas refleksji i naszego wyjazdu. Trochę żałowałam, że nie wróciliśmy do Wrocławia troszkę wcześniej, może dałoby się uniknąć niepotrzebnego kwasu...

We Wrocławiu przywitał nas śnieg i zimnooo... Szkoda, że zima spóźniła się te kilka dni, bo może wreszcie Święta byłyby białe, jak z pocztówki... Storczyki mi pięknie rozkwitły i jednak dobrze jest wrócić "na swoje". Laura ze zdziwieniem przywitała się z nianią, ja zaczęłam odgruzowywać służbowy email... 



Nie lubię stycznia.






niedziela, 18 grudnia 2016

O tym jak zostaje się Turczynką itp.

Kolejny tydzień za nami, a obiecałam sobie, że będę uważać z zaległościami.

W skrócie więc ostatnie 7 dni.

W niedzielę przyjechał do nam mój tato. Gdy stanął w drzwiach Laurze dosłownie zaświeciły się oczy. Natychmiast rzuciła mu się na szyję i nie odstępowała na krok. Dziadek był mega pozytywnie zaskoczony, a miłość dziadka i wnuczki rozkwitła na nowo. Po godzinie harców mój tato spływał potem, a Laurencja była wniebowzięta :) Zasnęła w 3 minuty :D

Gdy obudziła się w nocy kazała natychmiast zaprowadzić się do dziadka. Na nic zdały się nasze tłumaczenia, że jest noc, że śpimy, że dziadek śpi. Trzeba było do dziadka iść i pokazać, że chrapie. Dopiero wtedy pozwoliła położyć się z powrotem spać.

W poniedziałek przy naszym wychodzeniu z mieszkania jednak się rozpłakała, ale tata opowiedział nam potem, że rozpacz trwała 2 minutki. Cały dzień szaleli, a skalę tych szaleństw mogę sobie tylko wyobrazić skoro Laura odmówiła południowej drzemki po raz pierwszy w swoim życiu! Tata mówił, że około 18 nagle zamknęła oczy na kanapie, ale wtedy już było za późno na takie spanie, więc obudził ją szybko głośną rozmową ;-) Laura dotrwała do naszego powrotu kilkanaście minut po 20. Oczywiście znowu padła w 3 minutki :)

A my? Cóż, fajnie było spędzić cały dzień w drodze i do tego z mężem. Prawie jak za dawnych czasów :-) Droga do Warszawy przyjemna, bo przez cały czas autostradą. Pomimo długiej trasy nie czuliśmy zmęczenia. Przez niemal całą drogę ćwiczyłam turecki hymn, bo podobno czasem proszę o odśpiewanie ;-) a ja nienawidzę być nieprzygotowana. Hymnu uczyłam się na studiach, ale kiedy to było... Jest mega trudny - w połowie słowa kończy się jedna linia melodyczna i zaczyna druga, zupełnie nie pasowało to moim europejskim uszom. Do W-wy przyjechaliśmy jednak za wcześnie, postanowiliśmy więc sprawdzić czy pewna gruzińska restauracja jest tak zajebista jak to pani Gessler twierdziła ;-) Okazało się, że smacznie, ale bez szału. Z pełnymi brzuchami jednak na spokojnie obraliśmy kierunek na ambasadę. Gdy przyjechaliśmy nikogo tam nie było, szybko jednak poczekalnia zapełniła się kolejnymi petentami. Niestety okazało się, że nie jesteśmy pierwsi w kolejce - większość nowoprzybyłych wróciło po dokumenty, po które wnioskowali rano. A wiec czekanie, czekanie, czekanie. Potem, gdy wreszcie przyszła nasza kolej zaczął się następny etap czekania - aż przygotują nasze dokumenty. Oczywiście udało im się podnieść mi adrenalinę informacją, że nie mamy tłumaczenia przysięgłego jednego z dokumentów, a wcześniej twierdzili, że jest niepotrzebne. Całe szczęście mieliśmy potwierdzenie w postaci maila od nich, co niezwłocznie pokazaliśmy ;-) Postanowili więc pójść nam na rękę - jednak turecka biurokracja choć podobnie uciążliwa jest bardziej przyjazna petentom ;-) W międzyczasie przewertowaliśmy wszystkie ulotki i wydania o Turcji dostępne w poczekalni. Przykre było odkrycie specjalnych ulotek informujących o tym jak i gdzie informować o atakach rasistowskich :-( Czekanie umilano nam tureckimi herbatkami. W końcu zjawił się konsul, rozmowa z nim trwała po 5 min ze mną i z H. Był bardzo pozytywnie zaskoczony moją znajomością tureckiego, zamiast więc mnie maglować zrobił nam szybki sprawdzian z historii naszej znajomości, a że na szczęście H. pamiętał datę naszego ślubu to raczej zdaliśmy na 5. Potem poinformowano nam, że wysyłają wszystkie papiery do Turcji, możemy więc spodziewać się decyzji za... jakieś 6-7 mcy (!!!). No, ale oni już nam gratulują. Hue, hue. To tyle by było z mojego obywatelstwa.

We wtorek musiałam już zawieźć Laurę do niani, bo tato miał pociąg około 11. Laura nie mogła się zdecydować czy iść ze mną czy lepiej zostać z dziadkiem w domu. Ostatecznie jednak zdecydowała zostać, czyli musiałam po raz pierwszy wyciągać ją z mieszkania na siłę i w płaczu wieźć do niani :-( Było mi mega ciężko ją tak zostawić choć wiem przecież, że na pewno szybko jej przeszło :-((

Środa, czwartek, piątek - to tak naprawdę jedna masa. Laura zaczęła mówić "Oja" na koleżankę Olę z grupy u niani, w domu mówi "cho" (chodź) i "ić" (idź). Mówi też "iś" (miś) i "ko" (kot). Nie nazywa, ale gdy my mówimy i po polsku i po turecku potrafi pokazać oczy, nos, uszy, usta i włosy.

W piątek przywiozłam ją od niani w dobrym humorze, a gdy przyszła kolej kąpieli nagle diabeł w nią wstąpił. Nie dość, że był wrzask o wszystko, kąpać sie nie chciała, ubierać się nie chciała to jeszcze zaczęła znowu łapać się z uszy... Profilaktycznie zakropliłam jej kropelkami, które na tą okoliczność dostałyśmy wcześniej od lekarza, ale i tak usypiałam ją chyba z 2 godziny, po czym i tak budziła się co 10 minut. A ja padnięta po pracy i piątkowym sprzątaniu mieszkania. Aaaa! W nocy było źle.... 

Laura ma brzydki nawyk bicia. Bije nas po twarzy, potrafi zadrapać, uszczypnąć. Tak nagle, bez powodu. Wcześniej krzyczałam, od dzisiaj staram się bez większych emocji mówić i tłumaczyć, ze tak nie wolno, że oj oj i nie pozwalać uderzyć. Oby to zadziałało. W czwartek nagle uderzyła mnie w nos wbijając przy tym pazury, tak że poleciała krew. To, że jest ała i że mamę boli nie robi na niej większego wrażenia... Wiem, ze to bunt i że minie, ale bożżżże jak czasami cieżko to znieść!

A tymczasem za tydzień Święta!!! Jejjj, jak to zleciało! Poniedziałek mam wolny i robię sobie dzień dla siebie, a co! Plany mam ambitne, bo muszę rano wyskoczyć na szybkie zakupy świąteczne, uzupełnić prezenty dla H. i dla Laury, mam już umówiony masaż i chciałabym jeszcze napić się kawy i w spokoju poczytać książkę z Bożym Narodzeniem w tle :-) Trzymajcie kciuki by się udało.





niedziela, 11 grudnia 2016

Zima, zima i 26.mc

Nie wiem jak to się stało, że mamy już grudzień. Tak naprawdę to czuję się jakby dopiero co lato się skończyło, a tymczasem w tv pokazują śnieg w Polsce (u nas niestety albo wcale nie ma albo natychmiast się topi), Święta zaglądają nam w oczy.

Z jednej strony sporo się u nas dzieje, z drugiej gdy pomyślę jak to wszystko opisać do głowy przychodzi mi jedna wielka nudna szara masa. 

W ostatnim czasie 
- zaliczyłam zapalenie spojówek. Boże, ile ja się namęczyłam. W dodatku, gdy dopiero choroba się rozwijała i myślałam, że to tylko jakiś zatkany kanalik łzowy zapobiegawczo poszłam do lekarza, jak się później okazało konowała. Nie dość, że przepisał mi lekarstwa, których nigdzie nie mogłam dostać to jeszcze nawet nie zapytał mnie czy czasem nie pracuję przed komputerem, a co za tym idzie czy nie mam ochoty na L4. Ja sama nie zapytałam, bo wtedy nie bolało mnie jeszcze tak bardzo. Dopiero, gdy wróciłam do pracy i obwieściłam kolegom i koleżankom moją diagnozę wszyscy spojrzeli na mnie z grozą w oczach, bo to podobno okropnie zaraźliwe - nie wiem, pierwszy raz miałam. Suma sumarum, nikogo nie zaraziłam, a co się namęczyłam przed kompem przez 2 dni to moje. Dobrze, że potem był weekend i jakoś mi przeszło...

- Laura jeszcze bardziej rozkręciła się z gadaniem. Mówi teraz więcej po polsku, ale myślę, że to tylko chwilowe. Do laurowego słowniczka co chwilę dołączają nowe słówka. Mamy "cho - chodź", "ma - masz", wreszcie "tak" ;), "kuje - dziękuję", a dzisiaj nawet coś jakby "bałwan" :)

- Przeżyliśmy dosłowny kołowrotek naszych priorytetów w związku z nową sytuacją w mojej pracy. Cóż, długa historia, którą niekoniecznie chcę tutaj opisywać, ale suma sumarum wszystko ponownie stanęło pod znakiem zapytania, a przede wszystkim nasz pobyt we Wrocławiu... Oczywiście w związku z tym o zakupie mieszkania możemy na razie zapomnieć, nie wiem nawet co zrobić jeśli Laura jednak dostanie się w najbliższym czasie do jakiegoś żłobka, do którego wpisałam ją na listę rezerwową...  Początkowo to był dla mnie szok, potrzebowałam trochę czasu, żeby się z tą myślą oswoić. H. dał mi niesamowite wsparcie, dzięki któremu łatwiej to przyjęłam, ale kolorowo nie było. Oczywiście może być też inaczej, lepiej, ale jednak bardziej prawdopodobna wydaje się ta druga opcja... Także ten... kto wie, może nawet do Krakowa wrócimy, bo W-wa jakoś tak daleka nam się wydaje...

- Byliśmy na balu mikołajkowym, a tym samym Laurencja na pierwszym w swoim życiu. Imprezę organizował pracodawca H. - uroki pracy w korpo ;-) W każdym razie bardzo się postarali, było mnóstwo atrakcji, milion balonów walających się dosłownie wszędzie, dmuchańce, domki, bujawki, a w końcu kącik Mikołaja, Królowa Śniegu w roli prowadzącej, a w końcu sam Mikołaj i prezent dla każdego smyka, które rodzice wybierali wcześniej z listy. Miejsce też było magiczne, aczkolwiek w tej całej gonitwie nie przyjrzałam się bliżej co to właściwie był za budynek. Wejście przypominało teatr, nawet czerwona kotara się znalazła. Pięknie oświetlone, normalnie atmosfera jak z bajki. Tuż przed pojawieniem się Mikołaja pani prowadząca "połączyła się z nim" by dopytać gdzie dokładnie jest. Mikołaj odpowiedział, że jest już na dachu i lada chwila będzie u nas i wierzcie mi - nawet 10-latki zadzierały głowy do góry by popatrzeć na dach :D Gdy przypomnę sobie moje bale mikołajkowe w brzydkich salach, z biednymi komunistycznymi dekoracjami i brzydkim Mikołajem w okropnej masce i to jakie emocje we mnie wywoływały, jaką magię w tym wszystkim widziałam, to naprawdę nie jestem w stanie pojąć co teraz przeżywają "obecne" dzieci :-) Najlepszą odpowiedzią była zresztą Laurencja sama w sobie - po prostu a m o k. Nasza córcia na widok tylu atrakcji absolutnie zdziczała, przez cały pobyt tam mieliśmy z nią totalny brak łączności. Biegała, skakała, rzucała balonami, nagle obierała kurs w innym kierunku, a my szybko za nią lawirując między balonami, dzieciarnią i biegającymi za nimi rodzicami. Zabawy grupowe organizowane przez panią prowadzącą raczej jej nie interesowały. W ogóle inne dzieci mało ją interesowały. Totalnie oszalała na punkcie balonów, potem dmuchańców i plastikowych domków - dokładnie w tej kolejności. A my po 30minutach już ledwo żyliśmy. Wciąż w półskłonie goniąc za dzieckiem, oślepieni pulsującymi świątecznymi światełkami, ogłuszeni dziecięcym nawoływaniem tuż do mikrofonu "Mikołaaajjuuuu!!!", zirytowani ciągłym "na dmuchańca-ściągaj buty, z dmuchańca-zakładaj buty, do basenu z piłeczkami-ściągaj buty, z basenu-zakładaj buty" że przyznam, ledwo wytrzymaliśmy do wręczania prezentów. Poza tym Laura wystąpiła w stroju Myszki Minnie, który tak nasze dziecko naelektryzował, że nie dość, że włosy Laury sterczały jak jakaś aureola, to przy każdym jej dotknięciu byliśmy rażeni prądem :D Do odbierania prezentów dzieci były wywoływane, już więc oczami wyobraźni widzieliśmy jak rzucam się do dmuchańca wśród dzieciarnię by szybko wyjąć swoją mizerię i zanieść ją do Mikołaja zanim wszyscy zaczną się niecierpliwić. A jak było? Gdy zaczęło się wyczytywanie Laura wkroczyła na etap II swojego zdziczenia i na próbę np. wyciągnięcia jej z plastikowego samochodu reagowała dzikim wrzaskiem. Pięknie, nieprawdaż? Suma sumarum gdy padło koślawe Laura Kari-ija i nasze nazwisko również z błędem Laurencja tkwiła właśnie w samym środku materiałowego tunelu, do którego ja - matka ze swoimi gabarytami na pewno bym nie wlazła :-] H. musiał szybko zwinąć tunel z jednej strony, a ja chapłam Młodą i już bez butów pognałam do Mikołaja. Ten na Laurencji nie zrobił większego wrażenia. Zapewniłam za Młodą, że tak, była grzeczna (Boże, wybacz!), schwyciłam torbę z prezentem i szybko w długą. Laura była już tak zdziczała, że gdy tylko postawiłam ją na podłogę, żeby obejrzeć prezent, ta natychmiast uciekła w balony. No i wtedy właśnie szybko podjęliśmy decyzję o ewakuacji. Laura najpierw niby trochę oponowała, ale potem już w szatni grzecznie zaczęła współpracować, by w samochodzie totalnie zamilknąć, a w domu unieruchomić się na kanapie, co do naszej hiperaktywnej córci było całkowicie niepodobne. A my z niedowierzaniem przekonaliśmy się, że jednak da się ją zmęczyć :)

A teraz aktualizacja, bo ten post piszę już 2. tydzień.

Aktualnie jesteśmy na etapie kolejnej choroby. Tą akurat przywlekł H, potem przeszło na Laurę, a dzisiaj także na mnie. W czwartek gdy przyjechałam po Laurę ta jak zwykle spacerowała z nianią przed jej domem. Niby wszystko ok, ale już w samochodzie zauważyłam, że moje dziecko jest podejrzanie ciche - nie wiem jak niania nie mogła zauważyć, że Laura ma gorączkę. W domu ponad 38 i tak przez całą noc. Nie pozostało nic innego jak wziąć L4 i pobawić się w domową pielęgniarkę. A miałam urwać się wcześniej z pracy i załatwić świąteczne prezenty.... :-////

Teraz już Laurze i H. jest lepiej, ja natomiast czuję jak totalnie się ZNOWU rozkładam. Tegoroczna zima daje nam mocno po d....

Tymczasem jutro przyjeżdża do nas mój tato by w poniedziałek zająć się Laurencją, gdy my pojedziemy do W-wy złożyć oficjalnie dokumenty i odbyć rozmowę z konsulem w sprawie mojego tureckiego obywatelstwa. Trzymajcie kciuki, właśnie sobie przypominam turecki hymn, a zaznaczyć trzeba, że do łatwych to on nie należy, oj nie!

Moje ulubione zdjęcie z naszej świątecznej sesji




A tu już na balu mikołajkowym. Jedno z nielicznych normalnych zdjeć, do których udało mi się złapać dziecko.



niedziela, 20 listopada 2016

Coraz trudniej...

... tak, coraz trudniej jest mi znaleźć czas na blogowanie. A do opowiadania mam mnóstwo laurowych historii, tylko niestety, niespisywane natychmiast ulatują w niepamięć...

Przejdę więc od razu do spraw bieżących, bo gdy pomyślę o kolejnym odrabianiu zaległości to wszystkiego mi się odechciewa ;-)

Laura rozkręca się z gadaniem. Teraz jej ulubioną zabawą jest zadawanie nam po milion razy dziennie pytania "cio to?". I tak ja powtarzam po polsku - lampa, telewizor, cycek, ciastko, a H. powtarza po turecku. Na razie potakuje na nasze wywody, ale jeszcze nie kwapi się męczyć z powtarzaniem. Czasem coś tam bąknie ni stąd ni z owąd jak ostatnio do tureckiego dziadka podczas rozmowy na skypie wypaliła "DEDE!!!" i podbiegła do kamery z otwartymi ramionami :) ale to jeszcze raczej rzadkość.Częściej przyjmuje nasze nauki w milczeniu potakując tylko głową. 

A, no i pies, czyli "bibi" został przemianowany na "łała" czyli moje dziecko zaczyna kumać słowa dźwiękonaśladowcze.

Co poza tym? Ostatnio ciężki okres mieliśmy. Wiecie jak spędziliśmy weekend listopadowy? 

My z Laurą rozpoczęłyśmy go już hucznie w piątek po południu gdy w aucie tuż przed zjazdem do garażu (dzięki Bogu!) Laura się porzygała. Boże, ile ja się wtedy strachu najadłam. Zdarzyło się to w takim momencie, że nie mogłam się zatrzymać od razu i wypiąć ją z fotelika, na awaryjnych światłach dojechałam do domu modląc się by się nie zachłysnęła w międzyczasie.

A potem poszło lawinowo - jedno rzyganko, drugie, trzecie. Cała noc z rzygankiem w tle. Pościel zmieniałam pierdyliard razy. Zaraz następnego dnia niania potwierdziła nasze najgorsze obawy - jelitówka, pozostałe dzieciaczki też się ponoć pochorowały. Straszne to było widzieć moje dziecko, tak zazwyczaj żywe, padnięte totalnie i bez jakiejkolwiek energii i siły leżące spokojnie w łóżeczku i zasypiające gdzie popadnie. 

A gdy Laurze się zaczęło poprawiać, padłam ja. Potem H. Reakcja łańcuchowa. Masakra.

Po jelitówce przyszedł męczący katar i bolące gardło. I tak do dzisiaj.

Weekend minął nam spokojnie, w domu, na nieskończonych przytlaskach i buziakach dla naszej 2-latki. Słodycz sama w sobie. Jutro poniedziałek i zaczyna się kolejny 5-dniowy wir, a ja już za Nią tęsknię.

Cudowną córeczkę mam, wiecie?

Wczoraj byliśmy na świątecznej sesji. Mieliśmy w tym roku odpuścić, bo ta zeszłoroczna porządnie nas wystraszyła. Do dziś pamiętam laurowy wkurw na sztuczny śnieg, jej dzikość, zirytowanie i poczucie totalnego wyczerpania po ponad 3 godzinach pozowania. Ostatecznie jednak dałam się ponieść chwili i zamówiłam nam sesję tym razem w studio, nie u nas w domu i dokładnie umówiłam się z panią fotogram by sesja nie trwała dłużej niż godzinę. Zmieściliśmy się w 45minutach. Laura fajnie współpracowała, kładła misie spać, dmuchała piórka - zabawa przednia. Już nie mogę doczekać się efektów :-)



wtorek, 1 listopada 2016

Na szybko

Macie rację - mało mnie tu, zdecydowanie za mało i jestem tego świadoma. Ale mój obecny świat tak pędzi, tak zasuwa, że nie nadążam. Wiem, że to taka moja wada, że staram się w niczym nie odpuszczać, w niczym co dotyczy moich najbliższych i przez to z tego wolnego czasu, który mi pozostaje, dla mnie nie ma już nic. 

Od ostatniego posta minęło tyle czasu, że już nawet nie pamiętam co było po kolei. Jak myślę sobie o tym czasie to jedyne co przychodzi mi do głowy to jeden wielki młyn - praca, korki, pichcenie na szybko obiadów, wieczory z Laurą, kolejne poranki, pośpiech, pośpiech i jeszcze raz pośpiech z jesienią i coraz gorszą pogodą w tle.

Może lepiej przeskoczę od razu do spraw bieżących.

Jesteśmy u moich rodziców. H. zdesperowany naciskami swojego pracodawcy by wykorzystał wreszcie pozostały mu urlop (a trzymał go na wyjazd do Turcji, tyle że do tego potrzebuje karty pobytu w Polsce, a tu procedura trwa i trwa już 7 mcy), wziął sobie cały ten tydzień, a ja poniedziałek i środę - jutro i tak stwierdziliśmy, że jest to na tyle długie "wolne", że warto się do dziadków przejechać. Nie pamiętam już kiedy ostatnio było mi dane spędzić to święto w rodzinnym domu. Oczywiście z Laurą wszystko jest inaczej.

Przyjechaliśmy w sobotę rano. Laurencja wyczuła chyba co się kręci i obudziła się już o 5 rano. Po szybkiej naradzie zdecydowaliśmy wykorzystać tą wczesną pobudkę i wyjechać z Wrocka zanim wszystkie korki rozkręcą się na dobre. Tu na miejscu Laura szaleje. Tyle osób pod ręką, no i dziadek... Dziadek wielka miłość. Ich głupiznom nie ma końca. Do tego pieski, ciocia, babcia i my, gdzieś na szarym końcu. Oczywiście staramy się łapać z H. te wolne chwile, ale w tym całym rozgardiaszu jak zwykle nie ma ich zbyt wiele. Fajnie jest mieć inne osoby, które w dowolnej chwili można poprosić o chwilę  uwagi na Laurę by np. ze spokojem iść do kibelka, z drugiej strony jednak większa powierzchnia mieszkania i przede wszystkim fakt istnienia schodów, po których Laura co prawda wchodzi coraz lepiej, ale nigdy nie wiadomo, sprawia, że wciąż za nią biegamy. Nie to co 60mkw we Wrocławiu na jednym poziomie - z pozycji kanapy ogarniamy prawie całe mieszkanie więc Laura biega samopas na totalnym luzie. Tu wciąż coś - Laura rusza w kierunku schodów, my za nią, chce jej się pić - biegnij na dół do kuchni i tak w koło. Udało mi się z tego wyskrobać wizytę u fryzjera i szybkie kino z mężem i siostrą ;-)

Poza tym Laurze uaktywniło się jakieś mega wzmorzone cyckowanie, którego przyznaję z ręką na sercu mam coraz bardziej dość. To już nie tylko rano i w nocy. Teraz, gdy Laura ma mnie cały dzień potrafi co 30min przyjść, rozwalić mi się na kolanach i ciągnąć za dekolt. A ja czuję się coraz bardziej umęczona. Do tego dodajcie sobie wiadomo-jakie spojrzenia pozostałych domowników i możecie sobie wyobrazić jak się czuję. Właśnie przed chwilą H. zapytał (chyba bardziej retorycznie) co bym powiedziała na to, że on tu zostanie z Laurą do weekendu, a ja wrócę sobie do nich w piątek. Wiecie, tak na poczet odstawiania od piersi. Odpowiedziałam, że nie widzę problemu, tyle że ma się zastanowić czy na pewno chce tego co go czeka. I usłyszałam, że chyba nie chce :-D Nom. Uwielbiam te wszystkie złote rady nie mające do naszej sytuacji absolutnie żadnego odniesienia. Prawda jest taka, że w tym całym odstawianiu jestem sama jak palec i tak się właśnie czuję.

A z bardziej pozytywnych spraw??? Ciocie drogie, Laurencja GADA. Gada jak nakręcona, wciąż po swojemu, ale coraz bardziej zrozumiale. Powtarza to co jej mówimy i ciekawa jest słów. Pokazuje paluchem na różne przedmioty i chce byśmy je nazywali. No przełom, mówię Wam. Do "nie" dołączyło "jest", "mama" nie myli się już z "babą" (tur. tata), mamy "psa", "ko" (końcówka imienia psa cioci), jest i sama "ciocia" i dużo dużo więcej. No i wszystko skubana rozumie, po polsku i po turecku. Nie ma problemu z komuniakatami typu "idź do pokoju i przynieś chusteczkę". Zadziwia nas na każdym kroku.



sobota, 8 października 2016

24mc raz jeszcze czyli bilans i reszta

Wreszcie mam czas by coś napisać i zdradzić więcej szczegółów z laurencjowego życia. Wiecie jak znalazłam ju temu sposobność? Ano rozchorowałam się. Tak nagle zupełnie. W poniedziałek, gdy usiadłam w pracy za biurkiem nagle poczułam jak ogarnia mnie totalny niedowład, normalnie flak, zero energii, zero siły, okropnie bolące gardło i ziiiimmmmnnnoooo! A ja to raczej zmarzlak nie jestem. Myślałam, że to jakieś chwilowe przemęczenie więc uzgodniłam, że we wtorek będę pracować z domu (całe szczęście, że mam taką możliwość). W domu we wtorek, gdy po zawiezieniu Laury do niani odpaliłam komputer nagle gorączka skoczyła mi do 38. No dramat... W ruch poszedł Fervex i inne specyfiki. W środę był już tylko stan podgorączkowy, ale gardło to była istna tragedia. Bolało mnie tak, że nic nie mogłam przełykać, nawet ślinę wypluwałam do kubka :( Skończyło się na tym, że H. jak zwykle postawił mnie do pionu, że mam dzwonić po lekarza. Wczoraj więc usłyszałam wyrok: angina ropna, bleeeeh... Od wczoraj jestem więc na L4, dzisiaj wreszcie odzyskałam ciut siły. 

W takich chwilach myślę sobie jak to dobrze, że jeszcze karmię Laurę, bo odpukać, Małej na razie nic nie jest. W końcu jako pierwsza dostała przeciwciała. H. niestety właśnie zaczął narzekać na okropny ból głowy...

Ale do brzegu.

Laura skończyła 2 lata i znowu bardzo się zmieniła. 

Oczywiście bunt trwa dalej, ale bywają też i te słoneczne dni ;-) Przede wszystkim zauważyliśmy, że gdy Laura zje ładnie obiad w domu, szanse na dobry humor na resztę dnia znacznie wzrastają. Taaak... już od dłuższego czasu obserwuję, że Laura wraca od niani głodna. Już w samochodzie zaczynają się lamenty, gdy mam coś pod ręką, to szybko zjada i chce więcej, w domu od razu próbuje wspiąć się na krzesełko do karmienia i wściekła jest, że żarcie niegotowe. Do tego niania, choć codziennie pytana potwierdza, że wszystko ok - ładnie śpi, ładnie je - to ni stąd ni zowąd obniżyła nam stawkę żywieniową o prawie 50%, za co oczywiście jestem jej bardzo wdzięczna, ale chyba domyślam się co za tym stoi. Laura po prostu musi u niej jadać naprawdę mało! W sumie to wszystko pasuje - jeśli trzymają się swojego planu dnia, to pierwsze danie, czyli zupę, zjadają jeszcze przed drzemką, czyli około 11. Zupy Laura generalnie lubi, więc myślę, że ją zjada... Po drzemce jest drugie danie, a że Laura je tylko ryż/makaron/frytki to pewnie tylko podziubie to co jej podadzą. Nic dziwnego, że gdy ją odbieram o 16:00 jest już na maksa wygłodzona. 

Pomimo tego w domu nie zawsze zje obiad. Martwi mnie to, bo wkraczamy wtedy w błędne koło: Laura jest zła, bo jest głodna - daję jej obiad, którego nie zje, bo jest zła - jest dalej głodna, czyli jest dalej zła. Ehhh... czasem mam ochotę wyskoczyć przez okno, w szczególności gdy samopoczucie nie najlepsze. Tak właśnie było w poniedziałek, gdy moja choroba się zaczęła. Laura płakała non stop, nie chciała nic jeść, nawet frytek, ostatecznie poszła spać na głodniaka o 19.

Kiedy jednak uda mi się namówić ją na posiłek, dziecko tryska humorem do samego końca dnia. Ostatnio mam wrażenie, że i ją znudził wciąż makaron i ryż. We wtorek H. klepał nadgodziny, więc gdy odebrałam Laurę od niani od razu usiadłyśmy do obiadu. Pomyślałam, że zrobimy coś inaczej i ustawiłam na dywanie jej stoliczek z krzesełkiem i nakryłam dla nas obu. Na obiad był pilaw w wersji z kukurydzą i kotlecik z kurczaka. Laurze dałam oczywiście sam ryż. Mnie już wtedy gardło okropnie bolało więc ledwo przełykałam twarde kawałki, a Laura tymczasem zerknęła na mój talerz i siup zwędziła mi kurczaka z talerza :-) Musicie sobie wyobrazić, jakie to na mnie wrażenie zrobiło, bo Laura odmawia mięsa w każdej postaci, nawet najbardziej zmielonej. Nie zjadła go może w zawrotnej ilości, ale najważniejsze, że spróbowała i polubiła, bo sięgała po niego jeszcze kilka razy. 

Nasza pediatra, która przeprowadzała bilans Laury stwierdziła, że osoby z grupą krwi B bardzo lubią nabiał. No i to by się zgadzało, bo Laura wciąż uwielbia jogurt. Poza tym radziła nam podawać rybę co najmniej raz w tygodniu. Buahahhahahah. Z rezygnacją na twarzach powiedzieliśmy, że nawet mięsa nie rusza. Tym mięsem to ja się akurat tak nie przejmuję, bo sama jako dziecko też za nim nie przepadałam. Ryb nie jadłam w ogóle do bodajże 10 roku życia. Jednak fajnie byłoby, gdyby Laura chciała popróbować coś nowego, bo naprawdę upierdliwe jest gotowanie codziennie tego samego.

Skoro jestem już przy bilansie - byliśmy na nim w poniedziałek. Boszsz, w ten dzień wszystko szło na opak. Ja już czułam sie fatalnie. Wizytę mieliśmy wyznaczoną na 17:15, czyli totalnie na styk. Liczyłam na to, że niania podwiezie Laurę na naszą ulicę jak to kilka razy w tygodniu robi gdy pasuje jej odbiór jej dzieci ze szkoły. Niestety zadzwoniła, że muszę podjechać do niej do domu. A na trasie do jej domu są zawsze takie megakorki, że głowa mała. Pogoda deszczowa, Laura w beznadziejnym humorze. Lamenty zaczęły się już w aucie. Do domu zlądowałyśmy chyba o 16:45. Szybko podgrzałam jedzenie dla niej, które przezornie już ugotowałam dzień wcześniej. A Laura zamieszała w nim dwa razy łyżką i "nie", a potek ryyyk... Boże, jak ja się umęczyłam. Całe szczęście, H. wrócił z pracy akurat gdy szykowałyśmy się do wyjścia, bo ja nie miałam już nawet siły wziąć ją na ręce. U lekarza oczywiście moje dziecko zmieniło się w aniołka. Druga sprawa, że nasza pani doktor jest naprawdę świetna, ma super podejście do dzieci. Żadnego otwierania buzi na siłę, trzymania za czoło, itp. Pani doktor zagaduje dziecko i wszystko negocjuje, Laura również fajnie współpracowała i nawet buzię otworzyła bez problemu. Nasza córcia rozwija się prawidłowo, ma 84cm (no, ale my też jesteśmy trochę kurduple) i waży 11.3kg (a ja nosząc ją mam wrażenie, że dwa razy tyle), co z całej tej centylowej magii stawia ją na 50. 

A co z naszych domowych spostrzeżeń?

Laura po prostu tryska energią, jest niesamowicie ruchliwa. Jej ostatnią ulubioną zabawą jest urzędowanie na oparciu kanapy i, olaboga, skakanie z niej, całe szczęście przy asekuracji mamy i taty. Tak, ryzykantem to ona nie jest. Staje na oparciu, a potem wyciąga rączkę do mamy i drugą do taty. Dopiero wtedy szykuje się do skoku. 

Uwielbia się stroić. Gdy przynoszę jej do domu coś nowego natychmiast chce to ubrać :-) no i tak jak mama uwielbia buty ;-) zakłada nowe buciki, przechadza się kilka razy po domu, a potem staje, jedną nóżkę podpiera palcami o podłogę i przekomicznie ogląda się do tyłu jak bucik wygląda z tyłu/boku :-)

Rozkręca się z gadaniem. Stara się powtarzać słowa i zabiera się nawet za "do widzenia" :-) O to gadanie wypytwała nas też pani doktor i po raz kolejny muszę ją pochwalić za podejście, że nie robiła z igły widły, gdy przyznałam, że bardzo mało. Myślę, że teraz z mową będzie z górki, bo zauważyliśmy też, że Laura bardzo lubi śpiewać :-) hiciorami ostatniego miesiąca jest wejściówka z Wissper z MiniMini i z Małych Odkrywców. Przy tych drugich Laura kręci kuperkiem nawet, gdy akurat zakładam jej pampka.

No a z pamkowaniem to ten... mam wrażenie, że gdybym była z nią w domu to Laura byłaby już odpieluchowana. Widzę, że u niani zużywa już znacznie mniej pampersów, ale wciąż jeszcze je potrzebuje. Kupy już od dawna nie robi do pieluszki. Na siku też woła, ale gdy ściągam jej pieluszkę najczęściej już jest po ptakach.

Bardzo mądra i rezolutna z niej dziewczynka :-)

Pierwsza konsumpcja lodów.
Gdy patrzę teraz na te sandałki i letnie ubranka, aż nie mogę uwierzyć, że było to niecały miesiąc temu!



sobota, 1 października 2016

2. urodziny OMG!

I tak oto Laurencja jest już oficjalnie 2-latkiem!

Przedwczoraj nasza solenizantka obchodziła swoje święto, a ja co chwilę podciągałam ze wzruszenia nosem :-)

Już od rana co chwilę sobie myślałam "ahh 2 lata temu o tej porze zwijałam się w bólach", "o tej porze wyjeżdżaliśmy z porodówki" itp :-)

Laura rano tryskała dobrym humorem, po południu jednak nie było już tak różowo. Musieliśmy naprawdę bardzo się starać by nie pokłócić się z dzieckiem w dniu jej urodzin...

Ale gdy w końcu dała się namówić na jedzenie (bo najpierw był wkurw, że głodna, potem, że dostała do jedzenia nie to co chciała) i przyszedł czas na prezent, dziecko było wniebowzięte.

Kupiliśmy Laurze kuchenkę, przy której szalała jeszcze po kąpieli :-) Dziecko dostało kawał urodzinowego tortu i było przeszczęśliwe. 

Na razie impreza była kameralna, tylko w naszym gronie, ale na pewno zorganizujemy jeszcze powtórkę urodzin z dziadkami, ciocią, prababcią...

W poniedziałek idziemy na bilans 2-latka, będzie więc okazja do postu i ponadrabiania zaległości blogowych ;-)

Szczepienie w każdym razie zaliczone i Laura po raz kolejny okazała się bohaterką - w ogóle nie płakała :)))

...




Bączku nasz kochany, jesteś naszym słoneczkiem, naszym największym szczęściem. Bądź zawsze szczęśliwa i pamiętaj jak bardzo Cię kochamy. 

Mama & Tata

sobota, 24 września 2016

Mamy jesień

Jak w temacie - a wraz z nią jakiś taki melancholijny nastrój, który nam wszystkim się udziela.

Aż nie mogę uwierzyć, że jeszcze 2 tygodnie temu kąpaliśmy się w zewnętrznym basenie i odpalaliśmy klimatyzację w pokoju...

Jest chłodno, jest deszczowo. 

Odpukać w niemalowe, w taką pogodę troszkę lepiej sypiamy. Laura oczywiście budzi się jak zwykle, ale przytulona do cycusia szybciutko zasypia z powrotem. W nocy jest już naprawdę zimno i Laura pozwala się nawet przykryć kołdrą :)

Jak już jesteśmy przy tym zasypianiu to mamy nową zmianę... Laura zaczęła nałogowo podgryzać cycusia. Hę... przy pełnym uzębieniu mojego dziecka możecie sobie wyobrazić jaką adrenalinę czuję za każdym razem gdy przystawiam ją do piersi... Najgorzej jest wieczorem przy zasypianiu - właśnie wtedy gdy wydawałoby się, że Laura prawie śpi lubi sobie sieknąć, a ja chcąc nie chcąc uciekam z cyckiem, moje dziecko na to wybucha płaczem i ze spania nici... Ostatecznie wołam do pomocy H. i tym sposobem od dwóch dni mam bonusowe 30 minut dla siebie przed tv gdy tata usypia córkę ;-)

Tak, wiem, czas już kończyć, ale powiedzieć to jedno, a zrobić drugie :S

Z jesiennych klimatów mamy już zaliczone zbieranie kasztanów i buszowanie w kolorowych liściach. Poza tym dynia czeka na kuchennym blacie. Szkoda tylko, że z wszystkich domowników to ja najbardziej się na nią cieszę.

Z najnowszych niuwsów... mamy nowy wypadek Laurencji. Ehhh mówię Wam, coraz trudniej jest ją okiełznać. Moje dziecko to żywioł. Wieczorem, gdy padamy ze zmęczenia na twarz Laura normalnie chodzi po suficie. Wspina się na oparcie narożnika i skaaacze jak kamikadze. Dochodzę do wniosku, że nasze dziecko za bardzo nam ufa. Co prawda skacze tylko wtedy, gdy jesteśmy obok, ale już nie pofatyguje się by upewnić się, że na nią patrzymy. Wychodzi z założenia, że skoro mama siedzi obok to na pewno ją złapie. Mówię Wam, czujność na najwyższych obrotach.

Ale do brzegu. Bodajże w środę, gdy tylko odebrałam Laurę od niani zaczęły się awantury w samochodzie - wiecie, nasz chleb powszedni - codzienność z buntującym się dwulatkiem. Pasy zapnie ONA, a najlepiej to NIE zapnie, fotelik PARZY itp. Gdy wreszcie dotarłyśmy z garażu do mieszkania (ja z milionem toreb, Laura stająca co 2 metry i becząca "łaaaa" i wyciągająca rączki bym wreszcie wyciągnęła swoje zapasowe 2 ręce i raczyła ją w końcu wziąć), zostawiłam tylko torby i myśląc, że zrobię dziecku przyjemność krótkim spacerkiem obrałam kierunek do apteki, gdzie nieogarnięty kurier zostawił dla mnie przesyłkę. Niosłam Laurę płaczącą na rękach, a gdy wreszcie się uspokoiła postawiłam na chodniku. Kurde... zrobiła chyba z dwa kroki i jak nie grzmotnęła na chodnik... widziałam wszystko jak w zwolnionym tempie i tylko widoku jej rączek zostawionych daleko z tyłu nie mogę zapomnieć. Gdy ją pozbierałam oczywiście był płaaaacz, a ja szybko oceniałam straty - nos zdarty, skóra pod nosem też i do tego kreeew.... Laura miała krwotok z nosa więc szybko pobiegłam z nią do apteki i tam opatrywałam dziecko :S kolejny pierwszy raz. O dziwo, lament długo nie trwał. A aptece był kącik dla dzieci, do którego zapłakana Laura od razu wystartowała więc gdy ona bawiła się zabawkami ja wycierałam jej krew. Nos jednak szybko przestał krwawić, a pani farmaceuta ku mojej bardzo średniej radości (przed obiadem byłyśmy!) dała Małej lizaka na pociechę więc Laura była chyba nawet szczęśliwa. W każdym razie, gdy H. wrócił do domu na widok córki nogi się pod nim ugięły...

No to tyle. We wtorek mamy zaległe szczepienia - DTP i Hib. Po bodajże pięciu telefonach do naszej przychodni w końcu udało mi się ustalić co przegapiłyśmy. Normalnie aż za Turcją zatęskniłam, gdy zawsze na tydzień przed terminem szczepienia dzwoniła do mnie pielęgniarka z przypomnieniem. Na szczepienie idziemy same i czuję lekką adrenalinę na myśl o tym jak ogarnę całkiem silną już Laurę przy trzech wkłuciach... Liczę na to, że bajki w telefonie zdziałają cuda. Trzymajcie kciuki ;-)









piątek, 16 września 2016

I po wakacjach...

No i koniec tego dobrego. Jak było? Cudownie, wspaniale, przepięknie!!!

Wypoczęliśmy, całe dni spędzaliśmy na zielonej trawce obserwując Laurencję wesoło brykającą w swoim zamku*.

*W hotelowym ogrodzie jedną z atrakcji był plastikowy zamek. Laura go uwielbiała. Niby nic specjalnego, a jednak bardzo przypadło jej do gustu. W krótkim czasie rozkminiła jak może sama wspinać się na zjeżdżalnię, a wtedy zabawa zaczęła się na dobre. Dla nas bajka - z bezpiecznej odległości obserwowaliśmy poczynania naszego szczęśliwego dziecka nie musząc podnosić czterech liter z leżaków ;-) 

Z wszystkich dzieci przebywających w hotelu (a było ich naprawdę sporo z racji, że hotel baby-friendly) Laura spędzała na tych ogrodowych atrakcjach najwięcej czasu. Jednym zdaniem - dogadalismy się tym razem z dzieckiem. Nam za bardzo nie chciało się łazić po górach z takim szkrabem, Ona najszczęśliwsza była na placu zabaw. Przewspaniale było obserwować to jaka jest szczęśliwa, uśmiechnięta, jak wesoło podskakuje i wtula się w nas. 

Chwile rozpaczy przeżywaliśmy tylko wtedy, gdy jedno z nas musiało się oddalić - Laura natychmiast żałośnie krzyczała "mama/baba" i wpadała w płacz albo gdy przychodziła pora posiłku. W ciągu całego pobytu udało nam się zjeść razem w trójkę zaledwie raz - zdesperowana nasypałam Laurze do miseczki różne rodzaje płatków, w tym kakaowe kuleczki a'la nesquick co bardzo jej się spodobało. Zajęła się więc eksploracją płatków łyżeczką i bez ;-) a my szybko pałaszowaliśmy śniadanie. Gorzej było gdy komuś kończyła sie kawa - Laura na widok oddalającej się mamy/taty nie była zadowolona ;-)

Poza tym... rośnie nam mała zazdrośnica. Tak, to słodkie maleństwo z loczkami aniołka potrafi też się wkurzyć na maksa i opieprzyć intruza, który śmie wejść/dotknąć/niebezpiecznie zbliżyć się do obiektu, ktory Ona uzna akurat za swój. Własny. Prywatny. 

Tym sposobem za każdym razem, gdy inne dziecko próbowało wejść do wspomnianego zamku przeżywaliśmy chwile grozy, bo Laura ani myślała odpuścić. Jednego chłopca tak wystraszyła, że do końca pobytu nie chciał się do niej zbliżyć. 

Wśród dzieci była jedna Zoja. Przychodziła na plac z mamą, ale mama zaraz wyciągała telefon i zaczyna telekonferencje, oczywiście służbowe, a my, pozostali rodzice musieliśmy ich słuchać. Na dziecko oczywiście za bardzo nie spoglądała. A Zoja to było zło wcielone. Złośnica. Wlazła Laurze do zamku i wszystko robiła jej na złość. Gdy Laura otwierała okienko, Zoja z trzaskiem zamykała, gdy Laura zamykała drzwi, ta z impetem je otwierała. No wojna. Moje delikatne upomnienia, że muszą się dogadać i żeby w części przypadków ustąpiła Laurze zbywała bezczelnym "nie-e". No już mi się chciało krzyknąć do jej mamy "ej, kobieto, chodź tu i ogarnij swe dziecię", gdy nagle Laura tak się rozdarła, że Zoję normalnie wryło. Mnie zresztą też. Wtem córka moja otworzyła zamkowe drzwi i pokazując na nie energicznie palcem krzyknęła "hyym!!!" No, i wszyscy zrozumieli. Zoja zgłupiała i pobiegła do mamy. Laurze przybiłam piąteczkę :-P

Cudownie było leżeć na zielonej trawce, biegać po niej na bosaka. Pluskać się w ogrodowym jacuzzi choć Laurze akurat najbardziej spodobało się (olaboga) skakanie do basenu. Tego dużego wewnątrz hotelu też. Kupiliśmy jej kółeczko z tą "wkładką" między nogi, ale nie chciała w nim siedzieć. Wolała u nas na rękach, ale nie na długo. Po pewnym czasie zaczęła odpychać nas od siebie, no bo ona sama przecież!!!! Żałowałam, że nie wyposażyliśmy się w pływaczki, ale wydawało mi się, że Laura jest na nie za mała... Potem jakimś sposobem wpadła na to, że fajnie jest skakać do basenu. Ale mama/tata nie ma asekurować, dotykać, łapać. No mówię Wam, kamikadze. Basen nie był co prawda głęboki, ale dla nas, nie dla Laury, która nawet w części dla bejbików miała wodę po szyję.

Co jeszcze co jeszcze...

A, na rowery się wybraliśmy. To był trochę fall-start bo po raptem godzinie wróciliśmy do hotelu. Laura co prawda siedziała w foteliku bardzo spokojnie, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że możemy pomyśleć o rowerze plus krzesełku dla niej (bo ja bardzo lubię na rowerze jeździć :)). Gorzej było z nami. Okazało się, że najłatwiejsza trasa rowerowa to ta po stronie czeskiej, a my ze względu na H. nie mogliśmy przekroczyć granicy. No niby zielona i nikt nie sprawdza, ale mój odpowiedzialny mąż od razu zaczął gdybać, że gdyby się nie daj Boże zdarzył jakiś wypadek, cokolwiek, to mielibyśmy spore kłopoty no i po co... Jeździliśmy więc po okolicy, ale kurde... No niby te Izerskie to niskie góry, ale jednak dały nam tak w kość, że ledwo zipieliśmy. Same góry i pagóry, nawet w samym Świeradowie.

Do ostatniej chwili zastanawialiśmy się czy nie przedłużyć pobytu, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się wracać do Wrocławia. Powrót do rzeczywistości był mega bolesny. Cała nasza trójka wpadła w jakąś taką powakacyjną deprechę. Dźwięk przejeżdżających non stop pod naszymi oknami samochodów działał dodatkowo przygnębiająco... Następnego dnia mieliśmy jeszcze z H. urlop, ale chciałam Laurę znowu "wdrożyć" w pobyty u niani więc troszkę później ją do niej zawieźliśmy, a sami rzuciliśmy się w wir załatwiania spraw "do załatwienia kiedyś tam". I tym sposobem zaliczyliśmy sąd - w końcu udało mi się po raz kolejny rozpocząć proces zdobywania dokumentów potrzebnych do złożenia wniosku o tureckie obywatelstwo, potem bank... Tak. Pobyt w Świeradowie i dobrodziejstwa natury, ogrodu uzmysłowiły nam to o czym pobąkujemy od dłuższego czasu - potrzebujemy domu. Z ogrodem. Nie, wciąż nie wiemy czy to we Wrocławiu zostaniemy na zawsze, ale czekać już nie chcemy. A więc znowu: właśnie teraz, mimo wszystko. Do poważniejszego działania przystąpimy pewnie wiosną, ale już teraz rozglądamy się za nowymi inwestycjami i sprawdzamy oferty kredytowe.

Potem kino. No kurde, ostatni raz byliśmy w grudniu :-) Bilety mieliśmy darmowe z H. pracy, dziecko zaopiekowane więc wio na film. A tam stwierdziliśmy, że jak na złość nic nie wydaje się dla nas ciekawe. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Ben-Hura z założeniem, że jak nam się nie spodoba to wyjdziemy, ale film oglądało się całkiem przyjemnie :-) 

Laurę odebraliśmy od niani wcześniej - podobno wszystko było ok, Laura ładnie jadła, spała, no cud miód orzeszki. Tiaa... ledwo dojechaliśmy do domu, zaczęło się lamentowanie. O wszystko ryk. Zero apetytu. W pewnym momencie, gdy siedzieliśmy przy stole H. zwrócił uwagę, że Laurze głowka opada. Tak marudziła, że w końcu nie wytrzymałam i podałam jej pierś choć od bardzo długiego czasu już nie cycamy w dzień. A tu nagle Laura dosłownie w 3 minuty odleciała... Ok, postanowiliśmy, że damy jej 40 minut i obudzimy, potem będziemy bawić się do upadłego. A tymczasem minęło 40 minut i Laura nawet nie drgnęła choć spała w salonie, przy dźwięku tv, przy świetle, przy nas rozmawiających. Gdy ją obudziliśmy był jeden wielki dramat. Płacz, płacz i jeszcze raz płacz. Szybko ją wykąpaliśmy i położyliśmy spać. Przygotowani byliśmy na jazdy w nocy, w najlepszym wypadku na bardzo wczesną pobudkę, a tymczasem Laura przespała... do 8!!! Od 18:00...

Dzisiaj jednak już funkcjonuje normalnie, a więc wracamy do codzienności. Dzisiaj byłam już w pracy ponadrabiać zaległości. Dobrze, że właśnie zaczął się weekend i znów możemy spędzić czas razem. Byle tylko pogoda dopisała (choć na to nie wskazuje), bo chcemy się wybrać na Festiwal Krasnoludków! 





Twierdza naszej córci










Nostalgia na balkonie :-) Ja też lubiłam tam siedzieć i wsłuchiwać się w odgłos górskiego sturmienia.

Wyczailiśmy nawet w okolicy całkiem niezłą grecką restaurację. Dania prawie jak tureckie więc mąż zadowolony ;-)

A tu już po powrocie czekając na windę do mieszkania... :-(((