czwartek, 31 marca 2016

Houston, mamy problem

Oj mamy, mamy... Po Wielkanocy i innych atrakcjach ledwo żyjemy. Wszyscy troje, cała nasza familia. A miało być tak pięknie...

Laura już, już zdrowiała, już zaliczyła kilka żłobkowych dni i wszystko zmierzało ku spokojnym, harmonijnym i rodzinnym świętom u dziadków... Aż tu w piatek odebrałam ją od niani z glutem do pasa. Aż mi się żal jej zrobiło, bo gdy stanęłam w drzwiach była porządnie osmarkana (dlaczego nikt jej nosa nie wytarł, się pytam?). Zirytowałam się jeszcze bardziej, gdy pani Ania powiedziała, że gdy byli na dworze okropnie jej leciało z nosa, a tego dnia było naprawdę chłodno i mokro toż nie widzi, że jedno dziecko przejawia właśnie pierwsze symptomy przeziębienia tym bardziej, że Laura dopiero co wróciła do niej po chorobowej przerwie :S Łudziłam się jeszcze, że glut zniknie tak samo niespodziewanie i szybko jak poprzedni, ale częstotliwość wycierania laurowego nosa jeszcze do południa utwierdziła mnie w przekonaniu, że tym razem będziemy mieli mniej szczęścia. No i się nie myliłam. Wielkanoc minęła nam zatem u dziadków pod tytułem gluta do pasa i to niestety nie tylko laurowego. Pokładliśmy się wszyscy, a na końcu ja :S

Do tego doszedł nieprzechodzący kaszel, upierdliwy w szczególności w nocy. Laura budziła nam się co chwilę wypluwając sobie płuca. Kaszlała tak mocno, że kończyło się na wymiotach. A te z kolei skutkowały totalnym wybudzeniem i walczeniem z jej ponownym uśpieniem trwającym do 3-4 godzin. Normalnie cud miód i orzeszki. I miej tu po takiej nocy dobry humor. Laura była niedospana, my wykończeni i też smarkający. Dodatkowo w takich kryzysowych chwilach zamiast jakoś wspierać się wzajemnie z H. skaczemy sobie do gardła. Cóż, mamy tak od samego początku, od kiedy tylko Laura pojawiła się na tym świecie. Ciężko więc było postarać się o świąteczną atmosferę chociaż robiliśmy co w naszej mocy :-]

Całe szczęście, że przy tym upierdliwym kaszlu i wiecznie cięknącym nosie Laura w ciągu dnia zachowała dobry humor. Poza tym mieliśmy w pogotowiu dziadka, w którym Laura tym razem totalnie się zakochała. Mój tato uwielbia wszelkie zabawy ruchowe, wygłupy na łóżku, podskoki, gilgotki, jest też niezłym budowniczym Lego czyli robi wszystko to co aktualnie Laurencja uwielbia. Dziadek był więc okupowany na każdym kroku, Laura dawała mu buziaczki i słodko się przytulała :) Miód na moje serce. Zaraz po dziadku największą euforię budziły w Laurze pieski. Gdy tylko je widziała wydawała z siebie okrzyk zachwytu. Do naszej jamniczki podchodziła zupełnie na luzie, śmiało ciągnęła ją za ogon i uszy :) Do większego z piesków (husky) bardzo się wyrywała, ale gdy tylko ten zbliżył się niebezpiecznie blisko do Laurencji ta od razu uciekała :) Oczywiście za każdym razem ciekawość zwyciężała i Laura z powrotem biegła za psem.

Wreszcie w wiosennej kurtce!

Jadąc do dziadków nie zabrałam żadnych zabawek wiedząc, że za parę dni i tak będziemy wracali z nowym balastem. Rozdawania wielkanocnych prezentów Zajączek zaczął więc ciut wcześniej, ale głęboko wierzę, że w tym roku Laurze jeszcze wsio jedno ;-) Dostała dwa komplety Lego, w tym jeden wypasiony z aż trzema ludzikami, kubeczki do układania, które być może z założenia są dla maluchów, ale Laura je uwielbia :) i koszyczek z plastikowymi warzywkami. Oczywiście największym hiciorem są klocki. Laura codziennie się nimi bawi, a ludziki nie odstępują jej przez większą część dnia. Kubeczkami docelowo miała bawić się podczas kąpieli, ale uwielbia wkładać w nie... ludziki Lego :P i karmić z nich swoje misie więc się nie wtrącam i nie wynoszę niczego do łazienki. O koszyczku z kolei myślałam, że ją zachwyci, bo Laura od dawna podkrada mi przeróżne torebki, nawet te zwykłe foliowe i pakuje do nich swoje pierdołki, ale uwagi swojej właścicielki koszyczek doczekał się dopiero wczoraj :)

Pierwsza dłuższa posiadówka nad koszyczkiem

Powracając do Wielkanocy, oczywiście minęła zbyt szybko! Poza tym przez te choróbska nie mogliśmy nawet nic użyć z tej pięknej wiosennej pogody :( Ogródek zachęcał do spacerów, słonko pięknie świeciło, pieski zapraszały do zabawy, a nam pozostało tylko obserwować to wszystko przez okno. Ja swój kryzys przeżyłam w niedzielę. Naprawdę, gdyby nie to, że zapakowałam nas dokładnie na weekend bardzo uważając by nie zabrać zbyt dużo ubrań, zostałabym z Laurą jeszcze parę dni i skupiła się na dochodzeniu do siebie zwalając częściowo opiekę nad dzieckiem i sprawy okołodomowe na rodziców :P Ale niestety, tym razem przyszło mi pożałować tak rozważnego pakowania i w poniedziałek pognaliśmy do Wrocławia. Laura drogę powrotną praktycznie całą przespała, a ja jeszcze raz doceniłam krótszą drogę jaka dzieli nas od dziadków. 

We Wrocławiu postanowiłam, że nie puszczę Laury do żłobka dopóki nie dojdzie do siebie więc zaraz we wtorek pomaszerowałyśmy ponownie do lekarza. Tym razem trafiłyśmy do innej pani doktor, która zrobiła na mnie o wiele lepsze wrażenie. Świetne podejście, żadnego otwierania na siłę buzi i tym podobnych, bez pośpiechu, spokojnie wysłuchała moich obaw. Pani doktor jak się okazało jest mamą chłopca mlodszego o miesiąc od Laury, w dodatku także karmi go piersią i bardzo pochwaliła mnie za to, że jeszcze Laury nie odstawiłam. Powiedziała by karmić do co najmniej 2 lat, bo teraz jest już za bardzo świadoma i zerwanie naszej więzi byłoby dla niej szkodliwe. Eghhh... co lekarz to inna opinia. Ale dla odmiany miło było posłuchać kilku pochwał, bo zarówno nasz krakowski pediatra (kobitka około lat 50) i nawet mój ginekolog mnie ochrzanił za tak długie karmienie. 

Od lekarki dostałyśmy Bactrim i przykazanie by wychodzić na dwór :D Dzisiaj wreszcie glut, choć wciąż minimalnie obecny, siedział grzecznie w nosie więc ustąpiłam i wysłałam znudzone dziecko do niani. Musiałybyście widzieć z jaką radością weszła do żłobka i od razu z wielkim uśmiechem wskoczyła na rączki do pani Asi, do której jak dotąd podchodziła ze sporą rezerwą. Co więcej, gdy już wróciłyśmy do domu i Laura wstała z drzemki, poszła na korytarz po swoje butki i kurtkę i bardzo wymownie pokazywała mi, że ona chce wyjść! Już się boję weekendu :)

Nom, na dzisiaj to tyle. Oczywiście przez te choroby zupełnie nie miałam głowy i zapału do blogowania i tym samym porobiły mi się kolejne zaległości :S Do nadrobienia w najbliższym czasie - słowo!

9 komentarzy :

  1. Jaki sliczny czerwony kapturek!! :)
    katar i ogolne zle samopoczucie umie naprawde uprzykrzyc zycie takze rozumie Laurke i Was :(
    Takie niestety historie bada Wam towarzyszyc w tym wieku... czasami placilam za przedszkole a Mlody/ Mloda byli tam w miesiacu 5-7 dni...
    Wspolczuje tych nocy...to prawdziwa zmora, nie dziwie sie, ze chodzicie na ostatnich nogach , moze czasami nawet warczac na siebie...Kochana powiem tak, duma z bycia rodzicem czesto we wlasnym zwiazku i czterech scianach peke jak banka mydlana...powiem tak-Menzon np. z dumna wypieta piersia pchal wozek i "chwalil" sie potomkiem by np. tylko po przekroczeniu progu pasc na kanape i "odpoczywac" a ja... wiadomo cala reszta... na szczescie nie bylo wtedy smartfonow czy innych internetow.. a czesto naprawde palcem musialam pokazac o CO mi chodzi, badz gdzie potrzeba mi pomocy i wsparcia...
    To tylko tak na marginesie...
    Sciskam Was kobietki i zycze zdrowka :**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O-o-o :) faceci całego świata łączcie się :-]
      Liczę po cichu, że wraz z nadejściem cieplejszej pory roku miną też te cholerne przeziębienia i to już nie tylko laurowe, ale ogólnie dzieci u naszej niani przestaną przynosić jakieś syfy...

      Usuń
  2. W takim razie życzę zdrówka i mam nadzieję, że razem z wiosną wszelkie choróbska pójdą w siną dal.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie na to liczę! Dziękujemy :)

      Usuń
  3. Te choróbska to chyba wszędzie krążą, Nadia też od dwóch tygodni kaszle, była nawet temperatura i katar, który teraz już na szczęście znika. Życzę dla malutkiej dużo dużo zdrówka. Oby już teraz na dobre katar poszedł sio!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, wszędzie dookoła ludzie chorują, mali i duzi :) Dla Was też zdrówka!

      Usuń
  4. No to nieciekawe święta, dobrze jednak ze juz po chorobach. Oby nie wrocily! Jak Laura ma tylko katar i nic po za tym (nawet glut do pasa :P) to wychodz z nia na dwor bo lepiej jej sie bedzie oddychalo :) ja z Karolcia zawsze wychodze. U nas juz drugi tydzien kataru i tyle czasu siedziec w domu bym nie zniosła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak robimy, chociaż bywa i tak, że na dworze nochal zamienia się w konewkę i cieknie bez końca, jeszcze bardziej niż w domu :S

      Usuń