poniedziałek, 12 stycznia 2015

Droga krzyżowa

Jesteśmy z powrotem. Od dwóch dni w Turcji. Oczywiście okropnie tęsknię. Tym bardziej gdy spoglądam na posty pozaczynane w Polsce, w szczególności ten ostatni zaczynający się od słów:

"Cieszymy się ostatnimi dniami w Polsce, choć widmo sobotniego wyjazdu do Turcji czai się gdzieś w podświadomości psując moją radość. H. z jednej strony stara się mnie zrozumieć przypominając sobie czasy gdy to on mieszkał za granicą, z drugiej jednak strony obrusza się, że przesadzam. To prawda, krzywda nam się w Turcji nie dzieje, ale co ja mogę za to, że tęsknię za Polską, za Europą, za tutejszym życiem, za krajobrazem, za... wszystkim :-]"

Marzę o tym byśmy niedługo mogli wrócić do Polski na dobre. Kombinujemy z przeprowadzką, ale oczywiście warunkiem jest zdobycie przez H. w miarę przyzwoitej pracy. Coś tam niby się klaruje, ale nie będę tu jeszcze nic pisała, żeby nie zapeszyć i nie nakręcić się za bardzo. Dzisiaj skrobnę coś o naszej przeprawie do Turcji choć prawda jest taka, że najchętniej jak najszybciej bym o niej zapomniała. I tak, to była właśnie przeprawa, nie podróż.

Rano wszystko poszło zgodnie z planem - Laura sama obudziła się o 7, rozdawała uśmiechy zrozpaczonym dziadkom. O 7:30 wyruszyliśmy w drogę do Berlina. Miałam spore obawy jak tym razem Mała zareaguje na ten beznadziejny fotelik (dla przypomnienia - w drodze z Berlina do dziadków ryczała całą drogę), ale po krótkim płaczu zasnęła. 4-godzinna droga minęła nam całkiem nieźle. Laura ucinała sobie półgodzinne drzemki, a między nimi była zabawiana przez małpującą mamę. Dramatu nie było.

Dramat miał się dopiero zacząć. Wylot mieliśmy z lotniska Berlin Schonefeld i jeżeli ktoś kiedyś miałby lot z tego "lotniska" to uprzedzam by nastawić się na najgorsze....

Gdy przyjechaliśmy, odprawa była jeszcze zamknięta. Niestety Niemcy nie pomyśleli, że na hali odlotów przydałyby się jakieś miejsca siedzące. Po odstaniu około 40 minut wreszcie zaczęła się odprawa. Laura właśnie wtedy zaczęła marudkować, a na pocieszenie zauważyliśmy na tablicy informację, że nasz lot ma być opóźniony o godzinę. Ja parsknęłam śmiechem, H. szlag trafił. Na przesiadkę w Stambule mieliśmy mieć niecałe 2 godziny czasu. Rok temu pokonywaliśmy tą samą trasę, lot z Berlina również był opóźniony i ostatecznie drugi samolot zwiał nam sprzed nosa :] Co prawda trafiliśmy wtedy na noc do 5-gwiazdkowego hotelu na koszt linii lotniczych, ale średnio uśmiechała mi się cała ta bieganina zanim do niego dotarliśmy i to jeszcze z 3-miesięcznym bobaskiem. Z małymi pretensjami rozpoczęliśmy odprawę sugerując by drugi samolot ewentualnie na nas poczekał z racji, że obydwa loty wykupiliśmy u tego samego przewoźnika i połączyliśmy je telefonicznie w podróż z przesiadką (czyli bagaże mieliśmy odbierać na docelowym lotnisku). A tu pani Niemka twierdzi, że w systemie nasze bilety widnieją jako dwa osobne loty, czyli mamy jeszcze bagaż do odebrania w Stambule, a potem należałoby go ponownie nadać na drugi lot. No to szanse na to by zdążyć na drugi samolot mieliśmy takie, że ho ho! Niestety na lotnisku w Berlinie nasze linie Pegasus nie mają nawet swojego biura, czyli nie ma nawet z kim się kłócić!

Wkurwieni na maksa poszliśmy przemierzać korytarze co chwilę sprawdzając, czy nasze opóźnienie nie zostanie zwiększone o kolejne minuty... Laura pomału dawała znaki zmęczenia... Gdy w końcu mieliśmy przejść do gejtu okazało się, że mamy do pokonania serię wąskich schodów, a windy NIE MA. Obsługa lotniska zapytana o takową patrzyła na nas ze zdziwieniem pod tytułem czego my szukamy... Naprawdę nie wiem jak takie lotnisko może funkcjonować w UE skoro nie jest absolutnie dostosowane do niepełnosprawnych i rodzin z dziećmi! Ostatecznie musieliśmy podzielić się bagażem podręcznym i ja niosłam Laurę, a H. walczył z jakby nie było ponad 11 kilogramowym wózkiem. Przed gejtem kolejna kontrola. Czekamy w kolejce w jakimś podziemnym korytarzu, na którym piździ jak w kieleckim... Nie wiem co robić czy ubierać Laurę w czapkę i kombinezon, bo nie widać co jest za budkami z kontrolą - czy wychodzimy na zewnątrz, czy nie. Czy tam też będą takie przeciągi czy nie. No dramaaaaat... Ostatecznie po kontroli trafiliśmy do kolejnej poczekalni. No tam może już tak nie piździło, ale z kolei nie było żadnej toalety, a my pomału zaczynaliśmy odczuwać potrzebę zmiany pampka. Laura wtedy przeszła już z marudkowania do regularnego szlochu. Pod obstrzałem oczu tureckich matek udało mi się Ją jakoś uspokoić, zaraz potem Mała zasnęła w moich ramionach. Mieliśmy nadzieję, że do samolotu wejdziemy rękawem, czyli może uda nam się Jej nie obudzić. Niestety Niemcy zarządzili przejście do samolotu - uwaga, uwaga - na pieszo. Z racji, że miał to być tylko króciutki odcinek zdecydowaliśmy, że nie będziemy Jej już męczyć ubieraniem w kombinezon tym bardziej, że za chwilę przyszłoby nam Ją z niego rozbierać. Założyliśmy tylko czapkę i owinęliśmy kocykiem, ale oczywiście i tak się obudziła. Zamierzałam biegiem dostać się do samolotu, obsługa zaczęła nas wypuszczać z lotniska. Szybkim krokiem wychodzę z Laurą na płytę lotniska, a tam dupa, wszyscy stoją, bo jeszcze nie wolno nam wejść do samolotu. No szlaaag. Musiałam się cofnąć do poczekalni, bo na dworze wiało jak cholera. Mało tego, gdy wreszcie stanęłam na szczycie schodów prowadzących do samolotu, pan steward kazał mi czekać, bo w środku kabiny obsługa usadzała na miejscu jedną babcię, którą przywieziono na wózku inwalidzkim. No heeelloo, a my tu z dzieckiem stoimy na wygwizdowie! Łaskawie pozwolili mi poczekać wewnątrz.

Po takim wstępie mogło być tylko gorzej. Miejsca dostaliśmy na początku samolotu, czyli nie mogłam chodzić z Nią po przejściu czekając aż wszyscy pasażerowie zajmą miejsca. Musiałam siedzieć na fotelu, a wiecie ile jest między nimi miejsca... Mała szybko zaczęła popłakiwać. Miałam nadzieję, że zaśnie przy piersi podczas startu, ale nic z tego nie wyszło. W ogóle wystartowaliśmy tak jakoś gwałtownie, piąc się mocno w górę i to w dodatku chyba z połowy pasu startowego. Gdy wreszcie mogliśmy odpiąć pasy ruszyłyśmy na przechadzkę. Niestety, co Laurze zamykały się oczy, coś stawało Morfeuszowi na drodze - a to okropnie głośny anons, a to ktoś podszczypujący stópkę albo policzek. Starałam się być cierpliwa, ale Turcy są w stosunku do dzieci po prostu namolni! Jedna baba dosłownie mi Ją wyrwała mówiąc, że ona Ją uśpi a ja mam iść sobie do męża. No na pewno! Wiem, że miała dobre intencje, ale chyba zupełnie nie pomyślała jak ja się mogę poczuć nie wspominając o Laurze. Oczywiście nigdzie się nie ruszyłam, ale pozwoliłam jej wziąć Małą na ręce. Momentalnie jednak tego pożałowałam, bo Laura oddalająca się w objęciach obcej baby obdarzyła mnie tak pełnym wyrzutu spojrzeniem, że aż serce mnie zabolało. Kobieta ledwo zdążyła się odwrócić, Mała uderzyła w płacz. Hehhehe, moja ci ona! Baba jednak, jak to typowa Turczynka, była całkowicie pozbawiona samokrytyki - stwierdziła z lekkością, że mogę się nie trudzić - dziecku po prostu nie chce się spać! No pewnie, ona wie najlepiej.... :>>>> Innym razem, gdy Laurze udało się zdrzemnąć może z 20 minut, ledwo otworzyła oczy, a dopadła nas stewardesa. Wypachniona milionem zapachów i wysmarowana grubą warstwą fluidu. Mała leżała wtedy na fotelu między nami, a baba przechyla się przeze mnie i już bierze Ją na ręce pomimo, że wyraźnie dawaliśmy jej do zrozumienia by zostawiła nas w spokoju! Już miałam szukać wymówki by zabrać Ją z powrotem, a tu Laura jak nie ryknie :D hehhe :) muszę tu sobie zapisać, że nasza córcia zaczęła w ten oto sposób reagować na obcych. Stewardesa oczywiście szybko oddała nam płaczące dziecko i w sekundę zniknęła z pola widzenia, a ty, rodzicu, masz tu dziecko do uspokojenia. Faceci wcale są nie lepsi. Wśród obsługi był też steward, który po krótkim zagajeniu do Małej rzucił się do całowania. Nie pytajcie co wtedy czułam, wszystko się we mnie gotowało :>>>>>>

Gdy dotarliśmy do Stambułu padaliśmy z nóg, a Laura wyglądała jak półtora nieszczęścia. Oczka czerwone z niewyspania, spocona, wygnieciona, śpioszki wilgotne od naszych rąk. Szczerze powiedziawszy liczyłam po cichu, że nie zdążymy na drugi samolot i będziemy mogli odpocząć w hotelu. Jak na złość nasza walizka dość szybko pojawiła się na taśmie i odprawa na drugi lot wciąż jeszcze była otwarta... Laurę coraz trudniej było uspokoić, było mi Jej tak okropnie żal... Tuż przed wejściem do samolotu podeszła do mnie jakaś cudzoziemka i dzieciątkiem w ramionach z pytaniem czy mam przy sobie termometr. Jej dziecko było całe rozpalone, z wypiekami na twarzy i popłakujące. Zrobiło mi się ich tak żal, że miałam ochotę się rozpłakać. A termometr, owszem, miałam, ale w walizce nadanej na bagaż rejestrowany...

Drugi lot, choć trwał tylko 50 minut, był znowu męczarnią. Laurze udało się zasnąć zaraz po wejściu na pokład. Niestety pojawiła się stewardesa, która naciskała bym zapięła Ją w pasy. Odpowiedziałam, że ok, zapnę, ale gdy samolot będzie już kołował, bo zapięcie Ją w pasy równa się z kolejnym wybudzeniem. Baba najpierw skinęła głową, ale potem co chwilę do nas wracała. Miałam ochotę walnąć ją w łeb. Jakby te cholerne pasy miały faktycznie ochronić nasze dziecko... Pasy dla dzieci to ogromna ściema, w życiu to gówno nie byłoby w stanie utrzymać je przy matce w razie wypadku. No ale zapiąć trzeba. Gdy samolot zaczął kołować, zrezygnowana przypięłam Laurę do siebie co oczywiście Ją wybudziło. Szybko przystawiłam do piersi licząc na to, że uda Jej się z powrotem zasnąć a tu... pilot ogłasza, że stoimy w kolejce do startowania! Aaaaaa! Miałam ochotę pierdalnąć tym wszystkim i wysiąść. Gdy wreszcie udało nam się wzbić w powietrze Laura dała mały koncert. H. wziął Ją na ręce by się trochę uspokoiła. Dobrze, że to był ON, a nie ja, bo słyszałam za plecami jak steward przyszedł zapytać go czy może próbowaliśmy użyć smoczka (!!!!). No tak, wszyscy lepiej wiedzą jak zająć się moim dzieckiem. Naprawdę podziwiam H. że miał cierpliwość zacisnąć zęby i w miarę grzecznie odpowiedzieć facetowi.

Gdy wreszcie wylądowaliśmy przy akompaniamencie płaczu trójki maluchów obecnych na pokładzie (w tym naszego Orzeszka) odetchnęliśmy z ulgą. Tu jednak czekała nas kolejna niespodzianka - mianowicie piździawka. Podczas gdy zimą temperatura spada tu normalnie do góra 10 stopni, nas musiała spotkać zima 50-lecia. Na dworze może z 4 stopnie, całe lotnisko zimne jak cholera. H. pobiegł odebrać bagaże, a ja lecę z Małą do samochodu. Wtedy też usłyszałam jak nadchodzi... kupa :-] No nie wiem co jeszcze mogło nas spotkać. W takiej piździawce nie miałam najmniejszej ochoty rozbierać Laurę więc zdecydowałam, że tą 40-minutową drogę jakoś uda nam się pokonać z kupencją w pampie. Posadzona w swoim wygodnym foteliku, Laura w aucie natychmiast zasnęła i przespała całą drogę do domu.

W mieszkaniu czekała na nas teściowa i siostra H., które poprosiłam by nam trochę posprzątały, bo po miesiącu nieobecności mieszkanie z pewnością zarosło kurzem. Wchodzimy do mieszkania z bananami na twarzy, że oto męka się skończyła i teraz szybciutko wykąpiemy Laurkę i położymy spać, a tu... w domu 15 stopni. Ciepłej wody brak. Teściowa nie pomyślała, by nagrzać nam wcześniej mieszkanie i włączyć grzanie wody :-/ Miałam ochotę się popłakać. Laura przelewała mi się przez ręce, kupa lała się po plecach. Zarządziłam grzanie wody w garnku, ale z kupą nie dało się czekać. Po całym dniu męczącej podróży w nagrodę rozebrałam moją dzielną córkę do golaska w temperaturze około 15 stopni, położyłam taką szlochającą na brzuszku i wycierałam mokrymi, zimnymi chusteczkami. Nawet teraz, gdy o tym myślę, chce mi się płakać. Zawinęłam ją potem  już bez ubierania w ciepły kocyk i położyłam się z nią do łóżka licząc na to, że od razu nie zaśnie, bo na samą myśl o kolejnym przerwaniu Jej snu robiło mi się niedobrze. Na szczęście woda szybko się nagrzała, mogliśmy więc Ją wykąpać, a potem szybko położyć spać. Jak się spodziewałam, Laura po prostu zemdlała ze zmęczenia i chyba z 4 godziny nawet nie drgnęła, bidulka moja.

Dopiero dzisiaj doszliśmy do siebie. Trasa do Polski to była kaszka z mleczkiem, bo skończyła się tak właściwie o 18. Ale droga powrotna to była jakaś masakra... Wymęczyliśmy dziecko na maksa. Już teraz wiemy, że gdyby kiedyś znowu przyszło nam pokonywać tą drogę, musimy ją sobie rozłożyć na dwa dni, bo drugi lot o 20 to dla naszej Laury zdecydowanie za późno.

Stacja: lotnisko w Berlinie. Za chwilę nas obudzą :-(
Zszargane nerwy leczymy takimi widokami :)

31 komentarzy :

  1. O matkooooo, nie wiem kogo bardziej mi żal- Was, czy Laury. Wiem, jak takie sytuacje stresują rodziców. Kasiu, na szczęście Laura pewnie już o tym nie pamięta. Jej wystarczyło tylko się wyspać :)
    Trzymajcie się Kochani! Jesteście bogatsi o nową wiedzę o podróżowaniu z Orzeszkiem. Słodko Ją nazywacie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że nie pamięta, bo mam wciąż wyrzuty sumienia, że tak ją wymeczylismy...

      Usuń
  2. o matko czytając Waszą drogę sama się zmęczyłam. Masakra jakaś. Biedna Laura ale i tak pięknie to wszystko zniosła:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No biedna... Dobrze, że to już za nami.

      Usuń
  3. Dzielna Laura nie ma co przeszła prawdziwą szkołę podróży. A co do Turczynek w samolocie i te wszystkie obce osoby, które chciały ją tulić, brać na ręce czy całować to mi się w głowie nie mieści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też! Ale trzeba by było kłócić się z każdym kto zbliża się do dziecka, bo delikatne sugestie nie docierają.

      Usuń
  4. Witajcie w domu! :)
    Dobrze, ze juz jestescie calo i zdrowo w domku! Przypuszczam, ze przed kolejna podroza bedziecie miec mega stresa- po takich przezyciac :O Dobrze, ze Laurka nie bedzie pamietala.. :)
    Spokojnego powrotu do normalnosci zycze!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nooo już mamy stresa choć w tamtą stronę było o niebo lepiej. No i na przyszłość fajnie byłoby omijać Schonefeld szerokim łukiem, ale zimą niestety jesteśmy na nie skazani, przynajmniej na trasie do moich rodziców.

      Usuń
  5. No to mieliście przeprawę, współczuję...nie wiem czy miałabym tyle cierpliwości co Ty do tego dotykania dziecka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie mam cierpliwości, ale tego nie można za cholerę opanować!

      Usuń
  6. Biedulka.... nasza podróż samolotem też nie była sielanką ale zdecydowanie wasza to droga krzyżowa....

    OdpowiedzUsuń
  7. O kurka nasza podróż w porównaniu do Waszej do bułka z masłem. Współczuję ogromnie, ja bym się tam chyba rozpłakała razem z Laurą.
    Kiedyś lecieliśmy z Berlina, ale nie kojarzę już z którego lotniska i nie wspominam tego źle, ale gdy podróż z dzieckiem to zupełnie inny kalbier niż podróż w wyłącznym gronie dorosłych.

    A z tymi bagażami to wyszło naprawdę niefortunnie. Pewnie ktoś coś zaniedbał a Wy przypłaciliście. Może warto napisać reklamacje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Reklamacje w Turcji to walka z wiatrakami niestety... Raczej nie mamy na co liczyć :-/

      Usuń
  8. p.s. gdyby ktos chcial mi dziecko dotykac to chyba bym pogryzla. Podziwiam Was za cierpliwosc!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja naprawdę nie mam do tego cierpliwości, ale zanim się obejrzę czyjaś łapa już ddotyka moje dziecko. Powinnam chyba zaraz po przywitaniu ostrzegac by trzymali się z daleka :-)

      Usuń
  9. Podroz jak z najgorszego horroru! Tragedia, co krok to jakies potkniecie!!! Czlowiek bedac sam by sie wkurzyl, a co dopiero z malutkim dzieciatkiem!

    Cos te powroty maja w sobie pechowego... Nasza podroz do USA z mala Bi to tez byla przeprawa, ale tutaj juz calkowicie z winy charakterku Bi i tego, ze zle sobie rozlozyla drzemki...

    No i co ci Turcy maja z dotykaniem i calowaniem niemowlat?! Tutaj w Stanach ogolnie ludzie tez sa przyjaznie nastawieni do dzieci i zachwycaja sie bobaskami, ale nikomu nie przyjdzie nawet do glowy, zeby je dotykac, a tym bardziej wyrywac matce z rak! :/

    Zycze szybkiego powrotu do codziennosci i zeby plany przeprowadzkowe sie spelnily! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oho ho, co ja widze! Wlasna domena! :)

      Usuń
    2. Hehe, domena to zasługa H. :) jak i zresztą cały wygląd bloga :)

      Dziękujemy, Agatko. Do codzienności już wróciliśmy, ale wciąż rozmyslamy o tym gdzie przyjdzie nam wkrótce mieszkać.

      Turcy są baaardzo bezposredni co często doprowadza mnie do białej rozpaczy. Ja też lubię pozachwycac się dziećmi, ale z daleka! Gdy chcę dotknąć czy wziąć na ręce to pytam matkę czy nie ma nic przeciwko.

      Usuń
  10. Strasznie współczuję, ale dobrze, że już jesteście w domu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. I tak jak bardzo chcę się stąd wyprowadzić tak ogarnia mnie lekki strach na myśl o kolejnej podróży.

      Usuń
  11. Bardzo współczuję ale całe szczęście wszystko skończyło się dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) staram się o tym wszystkim już nie myśleć... Przynajmniej do następnego lotu :)

      Usuń
  12. Prawie czułam Waszego nerwa na to wszystko a jak już ktoś się wtrącał jak próbowałam uspokoić płaczące dziecko to miałam ochotę zabić. Dobrze, że jesteście już u siebie. A u nas dzisiaj było 10 stopni ciepła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałam ochotę palnac stewarda w łeb, durny dziad. 10 stopni? Toż to wiosna! :)

      Usuń
  13. A miałam wrażenie, że Berlińskie lotnisko ma nieco wyższe standardy. Zacofanie! I chyba bym zwariowała, gdyby wisiało nade mną tyle doradzających i krzywo patrzących głów! Ja zwariowała, a R. wybuchł, to jest pewne :D bardzo mi Was szkoda, szczególnie Laury, bo potrafię sobie wyobrazić, co musiała czuć. Zmęczone dziecko jeszcze bardziej się nakręca i potem nawet jeszcze trudniej jej zasnąć. Ale na szczęście jesteście już na swoim i mała na pewno też to wyczuwa :) ach, i naprawdę nie ma innej drogi, by pokonać odległość z Turcji do Polski? Masakra tyle się tułać z małym dzieckiem...

    PS W końcu znalazłam chwilę na przeczytanie tej Waszej drogi! Zbierałam się odkąd ją opisałaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Latem, gdy latają chartery mamy bezpośredni lot do Poznania z lotniska 60km od naszego domu. Zimą niestety to jest faktycznie przeprawa, albo przez Berlin albo przez Warszawę, aedo moich rodziców łatwiej dojechać z Berlina :)
      Schonefeld niesamowicie mnie rozczarował. W życiu nie uwierzylabym, że nie mają wind by można zjechać z wózkiem... No dramat. Teraz jeszcze z większą niecierpliwością czekam aż zamkną to dziadostwo w cholerę. Mam nadzieję, że na nowym lotnisku Brandenburg pomysla o najmłodszych pasazerach i niepełnosprawnych.

      Usuń
  14. No niestety... podróżowanie z dzieckiem to koszmar. Ja jechałam autobusem do Polski z Kalina. 34 godziny.
    No ale jaka podróż by nie była, autobusem czy samolotem, zawsze dla dziecka maleńskiego to jest męka. A rodzicom wcale nie jest lżej.
    Ta dziewczyna co o termometr prosiła.... masakra

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Autobusem? I jak to zniosła? Dla dziecka to męka, a dla rodziców podwójna...

      Usuń
  15. Masakra :-? Dwójkę dzieci mam ale jeszcze nigdy nie leciałam z nimi samolotem i potwornie się tego boję, nie wiem kiedy się odważę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieliśmy pecha, ale droga do Polski nie była z kolei taka zła. Lot z dzieckiem to chyba zawsze trochę loteria.

      Usuń