wtorek, 9 września 2014

Coś się dzieje

Wczoraj zaliczyliśmy kolejną wizytę u doktorka. Nastawiliśmy się na długie czekanie, bo wizyta tak naprawdę przypadała w czwartek, ale się zgapiliśmy i zupełnie o niej zapomnieliśmy (no za szybko było wyznaczona i już - ledwo wróciliśmy z poprzedniej, a tu znowu trzeba było jechać). Oboje byliśmy przekonani, że wizyta przypada na zeszły piątek i gdy w czwartek zbieraliśmy się niespiesznie z telefonem by ją odwołać, dostaliśmy sms, że właśnie nam przepadła. Ooops. Dostaliśmy opierdal od pani z rejestracji, która kazała nam się stawić w poniedziałek, jednak już bez żadnego numerka. Wyobrażaliśmy sobie więc przynajmniej 3-godzinne czekanie. Wyposażyliśmy się w przekąski, wodę do picia i w pełni naładowane telefony z nowym pakietem gier :) a tymczasem wszystko załatwiliśmy piorunem. Pierwsza niespodzianka czekała nas już w kaso-rejestracji, gdy usłyszeliśmy, że za wizytę nie musimy nic płacić, bo w systemie wyskakuje jako kontrolna (to chyba dlatego, że od poprzedniej nie minęło 10dni). Dalej wysłano nas na 25-minutowy test niestresowy. Wszystkie łóżka były wolne, a pielęgniarka od podłączania maszynki na miejscu. Laura tym razem nie była tak aktywna, no ale przecież trudno oczekiwać by fikała 24h/dobę. Po badaniu przeszliśmy do poczekalni przed gabinetem doktorka. W recepcji otrzymaliśmy jakiś bardzo odległy numerek więc wyciągnęliśmy oręże w postaci telefonów, a tymczasem po mniej więcej 15min. z drzwi od gabinetu doktorka wyjrzała położna i zawołała Katarinę :)

Laura waży 2850g i bardzo ładnie się rozwija. Wody, pępowina, wszystko w normie. Długość szyjki macicy mierzona "na oko" - 3,5cm czyli wciąż długaśna, ale jakaś tam zmiana chyba jest. Doktorek znowu nas przestrzegł, że poród może się w każdej chwili zacząć (heheh) i spytał, czy zaczęłam już myć okna, bo ostatnio bardzo go tym rozbawiłam :D (żeby wiedział co jeszcze mam w planach... ;)) Ponownie nas uspokajał, że na mój poród dojedzie, a gdyby jego odejście z pracy nastąpiło wcześniej, przyjmie mnie w swoim prywatnym gabinecie, a na poród do szpitala znowu stawi się w szpitalu. H. bardziej dociekał co doktorek ma w planach na zbliżające się Święto Ofiary. To drugie najważniejsze święto w krajach muzułmańskich, będzie o nim na pewno osobny post. Święto owo przypada dokładnie na termin mojego porodu, a z racji, że trwa kilka dni Turcy wykorzystują go do różnych wakacyjnych wyjazdów. Staram się wytłumaczyć H. żeby się za bardzo nie nastawiał na dokładnie 4 października, bo tylko 5% dzieci jest tak punktualnych, ale chyba nie bardzo to do niego dociera :] Doktorek w każdym razie odpowiedział, że na razie nie ma żadnych planów :)

Na koniec zapytałam prosto z mostu o lewatywę. Doktorek jak zwykle zdziwił się trochę moim pytaniem, a pielęgniarki ucięły pogaduszki przysłuchując się z zaciekawieniem rozmowie. Odniosłam jednak wrażenie, że bardziej zdziwił się tym, że chcę lewatywę przed porodem niż samym pytaniem (Turczynki chyba za tym nie przepadają, co wnioskuję z tureckojęzycznych forum ciążowych). Powiedział, że jeśli będę chciała i będzie na to czas, to nie ma sprawy. Na pewno przyspieszy to całą akcję porodową i sprawi, że poczuję się bardziej komfortowo. Ucieszyłam się taką odpowiedzią, wreszcie się w czymś zgadzamy :)))

Następna wizyta za tydzień :-]

A jak ja się czuję? Wciąż dobrze, choć od kilku dni odczuwam ból podbrzusza i ogólnie całego podwozia. H. twierdzi, że brzuch mi trochę opadł, ale sama nie potrafię tego ocenić. Nie czuję jakiejś ulgi w oddychaniu. Mam jednak wrażenie, że moje ciało czynnie przygotowuje się do porodu. Mam nadzieję, że intuicja mnie tym razem nie zmyli i na święta będziemy już w trójkę w domu. Czekam na koniec 38. tygodnia i biorę się za okna, łazienkę i intensywne przytulanie z mężem ;P

A na koniec ciekawostka kulturowa :)
Szpital, w którym będę rodzić znajduje się w Muğli; jest to miasto wojewódzkie tutejszego regionu. Po wizycie u lekarza wyskoczyliśmy do centrum miasta. Muğla to mimo wszystko bardzo niewielkie tradycyjne tureckie miasteczko. Jest tu kilka muzeów i zabytkowych tureckich domów, ale ogólnie miasto nie ma za wiele do zaoferowania turystom.





 To, co chciałam Wam pokazać, to namioty z tureckim przysmakiem nazywanym lokmą. Lokma to takie mini-pączki bez nadzienia, smażone na głębokim oleju i zalewane syropem cukrowym.


Do tej pory za nimi nie przepadałam. Ilekroć jesteśmy w Muğli w centrum wszędzie roznosi się jednak ich zapach, takich świeżutkich, chrupiących i mega słodkich :) Zapach dochodzi z kilku namiotów rozstawionych na ryneczku, do których zawsze stoi całkiem długa kolejka.


W Turcji nie organizuje się stypy po pogrzebie, ale funduje się taki namiocik i chłopków smażących lokmę, którzy najczęściej w dzień targowy, kiedy to miasteczka bywają najbardziej zatłoczone, rozdają taki poczęstunek za darmo. Nie jest to nic wielkiego, ale każdy może podejść i otrzymać taką mini porcyjkę. Tym razem stety-niestety nie było żadnego namiotu (czyli chyba nikt nie umarł :-]), musiałam więc poskromić swój apetyt. W cukierniach też można je dostać, tureckie kobiety często smażą je w domu, ale nigdy nie smakują mi one tak jak z tych namiotów.

Zdjęcia pochodzą więc z wcześniejszego wypadu.

Pod tym adresem znajdziecie przepis na lokmę http://www.mojewypieki.com/przepis/lokma---tureckie-paczki. Przyznaję jednak, że nigdy z niego nie korzystałam, więc nie wiem co prawda jak się sprawdzi w praktyce, jednak o zdecydowanej większości przepisów z tej strony, które wypróbowałam, mogę powiedzieć, że są bardzo dobre :)

16 komentarzy :

  1. Jak czytam Wasze akce z doktorkiem i samą ichniejszą słuźbą zdrowia to zaczynam nabierać pewności że żaczniesz rodzić w święto, bo przecieź u Was nie może być normalnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, nie strasz! H. się przez cały czas martwi, że wszyscy lekarze czmychną na świąteczny urlop i zostaniemy z położną :) Wiem, że niestety nie zależy to ode mnie, ale BARDZO chcę to święto przeżyć już w trójkę w domu :)

      Usuń
  2. Uwielbiam tego bloga! Kochana, już tak niedługo!!! Zaczynamy wielkie odliczanie?? Buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Martuś :* No niedługo, niedługo... :) Już nie mogę się doczekać :)

      Usuń
  3. Juz niedlugo, coraz blizej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby tak blisko, a tak daleko :)

      Usuń
  4. Kto wie? Ja też nie myślałam że tak się ułoży a jednak mój synek dwa tygodnie temu urodził się w dzień przewidywanej daty porodu. Załapał się w ostatniej chwili bo 20min przed północą; )

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajne te pączusie i miasto też ma coś w sobie :)
    Kulaj się powoli, przyjdzie na was pora :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No kulam się, kulam i wypatruję tej pory :)

      Usuń
  6. Katarina :))) no wez nie strasz!!!! Po tytule myslalam, ze rodzisz!!! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha, dokładnie, ja też! :)

      Usuń
    2. Przepraszam, dziewczyny. Niestety to fałszywy alarm :) Następnym razem ostrożniej wybiorę tytuł ;)

      Usuń
  7. Za każdym razem jak jestem u Ciebie na blogu czuję sie jak turystka.. zawsze coś nowego dowiem się o Turcji;)) Przyjemnie jest to czytać ;)
    Jeszcze troszkę i będziesz miała swoje maleństwo ! ;))

    OdpowiedzUsuń
  8. O kurczaki, pierwszy raz do Ciebie zajrzałam, ale jestem niezwykle ciekawa jak to się stało, że tam jesteś w tej Turcji. Będę zaglądać, bo to na pewno niezwykle ciekawe :) muszę zagłębić się w poprzednie wpisy.

    Ja mam termin na 29 września, także też już bliżej niż dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Trzymam kciuki za szybki i lekki poród :) A takiego pączka to bym zjadła, choćby ważył z kilogram...

    OdpowiedzUsuń