piątek, 27 czerwca 2014

Imię dla córki

Z publikacją tego postu noszę się już od długiego czasu. Dzisiaj przez chwilę zastanowiłam się czy warto, bo ostatnio lekarz wprowadził trochę zamętu podważając tezę, że będziemy mieć córeczkę, ale tak jak wcześniej pisałam, tak już się przyzwyczaiłam do tej myśli, że jakoś trudno mi sobie wyobrazić synka. Ale co ma być to będzie, w razie czego dla niego też mamy już wybrane imię :-)

Do tej pory pisząc na blogu nie nazywałam naszej córeczki po imieniu, a tak naprawdę ma je od dawien dawna. Tak naprawdę jeszcze zanim powstała wiedzieliśmy, że nadamy naszym dzieciom dwa imiona - polskie i tureckie. Uważam, że w ten sposób podkreślimy ich podwójną narodowość. W Turcji niemal wszyscy posiadają dwa imiona i często obydwa są używane. Mój mąż również i co ciekawe, pierwszego używa w Polsce i za granicą z racji, że jest łatwiejsze do wymówienia dla cudzoziemców, w Turcji z kolei używa drugiego, typowo tureckiego. Przychodzi to nam tak naturalnie, że sama nawet nie zauważam, gdy przechodząc z tureckiego na polski lub odwrotnie zmieniam również jego imię.

Zadanie wyboru imion nie było jednak w naszym przypadku łatwe, bo mieliśmy co do nich duże wymagania :-) Przede wszystkim nie chciałam by polskie imię posiadało zdrobnienie. Wystarczająco dużo kłopotów mam ja ze swoim imieniem. Niestety za granicą praktycznie nikomu Katarzyna nie kojarzy się z Kasią, dla cudzoziemców to dwa odrębne imiona i trudno jest wszystkim tłumaczyć, dlaczego przedstawiam się Kasia a we wszystkich dokumentach napisane jest Katarzyna. Osobiście nie bardzo pojmuję filozofię zdrobnień polskich imion. No bo gdyby się tak głębiej zastanowić, to w jaki sposób można wytłumaczyć to, że Ola pochodzi od Aleksandry lub Asia od Joanny? Zawsze zazdrościłam Ewom, Karolinom, Martom i Justynom, że mogą posługiwać się oficjalnymi formami swoich imion. Gdy ktoś zwraca się do mnie "Katarzyna", czuję się jakbym coś przeskrobała i teraz czeka mnie opieprz...

O kłopotach z wymówieniem takiego kolosa jak Katarzyna już nie wspomnę. I tutaj pojawiło się kolejne wyzwanie: imię nie może mieć polskich lub tureckich liter szczególnych. Czyli wszystkie "rz", "sz", "cz", "si" itd. odpada. Podobnie jak "c" i "j", bo te akurat wymawia się zupełnie inaczej w tureckim. Chcemy, by imiona naszego dziecka były jasne i czytelne na całym świecie. 

Polskie imiona mam już upatrzone od bardzo dawna. Dla dziewczynki jest to Laura. Uwielbiam to imię. Jest takie dumne i szlachetne. Występuje w bardzo wielu krajach. Nie posiada zdrobnienia. Jest w miarę krótkie i bez polskich liter szczególnych. H. też się od razu spodobało :-)

Z tureckim imieniem mieliśmy więcej kłopotów, bo długo nie mogliśmy dojść do porozumienia, a gdy już nam się to udało zgodziliśmy się tylko co do imienia dla chłopca. Gdy dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć córeczkę, temat trzeba było podjąć od nowa. H. chciał, by imię było czysto tureckie, nie perskie i nie arabskie. A mnie się bardzo podoba Leyla, Selma czy Yasemin :-) Niestety z racji na arabskie pochodzenie szybko odpadły z listy. Poza tym, H. uświadomił mnie, że imiona te dla cudzoziemców mogą się wydawać urocze, ale w Turcji to takie Janki, Wiesie i Władysławy :-D Ok, przyjęłam do wiadomości. Problem polegał jednak na tym, że czysto tureckie imiona zupełnie mi się nie podobały. Sprawy nie ułatwiały moja siostra i mama, które pobijały wszelkie rekordy kreatywności w wymyślaniu odpowiednich skojarzeń :) Turcy zwracają też ogromną uwagę na znaczenie imion i H. jest pod tym względem okropnie wybredny :->. Gdy już sobie temat odpuściliśmy, H. zaskoczył mnie kiedyś w samochodzie pytaniem "A co powiesz na Karyę?". Karya to antyczna nazwa regionu, z którego pochodzi H. Poza tym oznacza królewnę śnieżnych krain. Znaczenie imienia bardzo mi się spodobało, bo... uwielbiam śnieg :)))

Decyzja chyba więc zapadła. Od dłuższego czasu żadne z nas nie wertuje już internetu w poszukiwaniu imion, H. mówiąc do brzuszka zwraca się "Karya" :) Rodzinie nasz wybór również się spodobał. Karya jest imieniem mało popularnym w Turcji. Laura chyba też nie należy do najczęściej wybieranych (choć danych oficjalnych nie znam i w ogóle się nimi nie interesuję). Przyznam, że cieszę się, że nasza córeczka nie podzieli mojego losu piątej Kasi w klasie :-]

Mam nadzieję, że wybrane przez nas imiona jej również się spodobają :) 

środa, 25 czerwca 2014

Chwilo trwaj!

Od naszego przyjazdu do Polski minął ponad tydzień i wreszcie wyjaśniła się data naszego powrotu. Problem rozwiązał się trochę sam, bo zwyczajnie na czwartek i poniedziałek zabrakło biletów w rozsądnych cenach, a nie zamierzamy wydawać na przelot w jedną stronę więcej niż na wakacje w Turcji w hotelu 3* z all inclusive, transferami z lotniska i przelotami w 2 strony :-] Nigdy nie zrozumiem fenomenu ustalania cen przelotów charterowych przez organizatorów... W każdym razie gdy po cenach jakie nam proponowano rzędu 1400zł/os. nagle pojawiło się 250zł/os. na 7 lipca ja szybko zdecydowałam, że to termin w sam raz dla mnie. H. trochę się wahał, bo wiadomo, w Turcji czeka go mnóstwo pracy, a tu miałby zostać w Polsce jeszcze 2 tygodnie. Ostatecznie jednak zdecydował, że jedzie ze mną, bo zamartwiłby się na śmierć czy oby na pewno ktoś pomógł mi z walizką czy też musiałam dźwigać ją sama. Tym sposobem kamień spadł mi z serca i już nie muszę codziennie wydzwaniać do wszystkich przewoźników w poszukiwaniu biletów. Wiem dokładnie kiedy wyjeżdżamy i czuję się pewniej, mogę porobić jakieś plany.

Razem spędzamy w Polsce 3 tygodnie, czyli full wypas! :) Powoli zaspokajam swoją chcicę na żółty ser, teraz na tapecie jest wędzona szynka :) Mamo, jakie to dobre! Tak długi pobyt pozwoli nam też na spędzenie troszkę czasu w Poznaniu - w weekend wyjeżdżamy :)

Cieszę się tutaj każdym momentem, każdą chwilą. H. ogląda namiętnie wszystkie mecze z moim tatą na co z pewnością nie mógłby sobie pozwolić w Turcji :)

W sobotę i niedzielę zaliczyliśmy wesele mojej koleżanki. Fajnie było się tak elegancko ubrać, poprzebywać w ładnym otoczeniu. W Turcji właściwie nie ma okazji, które wymagałyby ode mnie naprawdę eleganckiego stroju, stąd najlepsza część mojej garderoby wisi smutno w szafie :) Było to też pierwsze wesele od niepamiętnych czasów, na którym  byłam z mężem. Wcześniej z uwagi na pracę w Stambule nie mógł ze mną pojechać. Wesela bez partnera są po prostu do dupy. W szczególności gdy jedni znajomi nagle wybierają się na spacer, drudzy zwijają się do pokoju, a trzeci mizgolą się gdzieś przed restauracją. Ile to razy zostawałam sama przy stole... W sobotę na weselu w takiej sytuacji była moja koleżanka z podstawówki, również gość weselny. Okropnie było mi jej żal i pomimo, że starałam się jej dotrzymywać towarzystwa, widziałam, że nie jest jej łatwo. Na sam koniec imprezy posłuszeństwa odmówiły mi nogi, które spuchły tak, że z trudem założyłam z powrotem buty (tak, teraz wiem, że błędem było ściągać je sobie pod stołem :)) Gdyby nie to, mogłabym się bawić do rana :) Nasza córcia była dla mnie bardzo wyrozumiała i przez całe wesele nie sprawiła nam żadnego kłopotu. Znosiła dzielnie moje tańce i buty na obcasie :) Dopiero gdy po powrocie do domu położyłam się do łóżka dała chyba upust swojej frustracji, bo skakała tak intensywnie, że aż obudziła śpiącego obok mnie H. :)

Ogólnie nasza córeczka będzie chyba bardzo charakterna. Ilekroć chcę się pochwalić kopniakami i naprawdę bardzo już wyraźnymi ruchami dziecka, bo wiem przecież że i moja mama i tata i siostra i nawet babcia chcieliby je poczuć i przykładam ich dłoń do mojego brzucha, nasze dziecię nagle nieruchomieje. A wcześniej potrafiło skakać bez przerwy kilka minut! Pozwala się poczuć tylko swojemu tatusiowi :)

Byłam też u polskiego ginekologa. Facet, którego do tej pory traktowałam jako lekarza zastępczego, okazał się strzałem w dziesiątkę! O taką wizytę dokładnie mi chodziło. Na spokojnie najpierw wypytał co i jak, popatrzył na wyniki badań zrobionych w Turcji, potem badanie USG, które trwało dokładnie 15min. (!!!!). Podczas USG obejrzał naprawdę każdą część ciała naszej córeczki, stópki, rączki, żołądek, płuca, wątrobę, mózg, wargi opisując przy tym dokładnie co robi, na co patrzy i czego szuka i co byłoby nie tak, gdyby nie było widać tego i tamtego. Kilka razy przełączył też obraz na 4D i widziałam trochę buziolka :) Powiem Wam, że zobaczyć swoje dziecko w kolorze to jest naprawdę coś niesamowitego :))) Mała przez cały czas fikała więc dane mi było zobaczyć ją w różnych pozycjach, ale lekarz stwierdził, że mała jest jeszcze w ułożeniu pośladkowym i gdyby się obróciła, byłoby widać znacznie więcej. A, no i gwódź programu! Zapytał mi się, czy ma sprawdzić płeć. Odpowiedziałam, że tak, że już ją znam, ale poczekam na jego diagnozę :) Facet kręci i kręci tą sondą i mówi, że przypomina trochę dziewczynkę, ale nie jest pewny. Powiedziałam, że pokażę mu zdjęcie USG, na podstawie którego mój turecki lekarz z całą pewnością stwierdził, że to dziewczynka. Pokazałam, a on mówi, że hmmm... no owszem, trochę to wygląda jak wargi sromowe, ale równie dobrze mogą to być JĄDERKA!!! O mamooooo, poprosiłam o powtórzenie. Lekarz uspokoił mnie, że nie o to chodzi, że dziecko jest chłopcem, tylko że on nie odważyłby się powiedzieć pacjentce, że to dziewczynka na podstawie takiego zdjęcia. Ja pierdziu! Zawieszam więc kupowanie różowych ciuszków, powracam do beżu i innych neutralnych kolorów. Z akcesoriów jedynie rożek jest różowy więc jakoś przeżyjemy. Trochę jednak nie dowierzam by to był chłopak, bo jednak doktorek Ali kilkakrotnie mówił, że to dziewczynka, radiolog, który robił mi badanie potrójne też powiedział, że siusiak z tego już nie wyrośnie, a polski lekarz ostatecznie też przyznał, że dziecko wygląda na dziewczynkę. Poza tym tak już się przyzwyczaiłam do myśli o córce, że wydaje mi się to po prostu niemożliwe. Trudno, zobaczymy co się wykluje :) Może na badaniu 4D będzie więcej widać, bo zrobimy je chyba po powrocie do Turcji. Może wtedy już dziecko będzie odwrócone.

Po USG lekarz bardzo delikatnie wykonał mi badanie dopochwowe, sprawdził pH pochwy i jeszcze raz wykonał USG - tym razem dopochwowe. Zmierzył dokładnie szyjkę, więc zapisuję tu ku pamięci, że ma dokładnie 42mm. Powiedział, że mam się upierać co do badania szyjki i to najlepiej dopochwowo, bo u mnie w ogóle jakoś kiepsko ją widać, nawet przy USG dopochwowym, a co dopiero przez powłoki brzuszne. 

Po wszystkim wypytałam go jeszcze o pływanie i Lactovaginal - przyznał, że też go nie poleca, bo zaburza naturalne pH pochwy i że w kwestii pływania zaleca sesje 15-minutowe, potem 30min. przerwy. Ja chyba jednak go sobie kupię, w razie gdyby jednak złapała mnie jakaś infekcja lub mimo wszystko tabletki okazały się potrzebne. Zapytałam też czy wykonuje 4D z nagraniem na płytę, a on wyciągnął na to plik zdjęć USG i płytkę oznajmiając, że właśnie mi je zrobił :))) Suuuuper! W domu od razu był seans, wszyscy przy monitorze :) Jest to zapis całego badania USG, ale głównie czarno-białego, czasami pojawia się zbliżenie (głównie na twarz) w kolorze. Fajna pamiątka, aczkolwiek liczę na  to, że  jeśli trochę poczekamy to będziemy mieć nagranie 4D z badania w całości w kolorze. 

Teraz żałuję tylko, że nie zabrałam ze sobą H. do gabinetu. Opisałam mu wszystko szczegółowo, ale chciałabym, żeby zobaczył jak inaczej taka wizyta może wyglądać. H. namawia mnie na poród w Polsce, ale zupełnie nie wyobrażam sobie tego czasu bez niego i nie chcę nawet o tym myśleć. Cieszę się, że wszystko jest OK. Zyskałam trochę wiary, że wszystko będzie dobrze.

sobota, 21 czerwca 2014

Niech czas się zatrzyma

Idąc za Waszymi radami delektuję się każdą chwilą. Rano wsłuchuję się w odgłosy ogrodu, jedząc obiad ucinam sobie pogawędki z rodzicami, jadąc samochodem chłonę wzrokiem widoki. Rano oglądam Dzień Dobry TVN i jestem na bieżąco z kreacjami Pieńkowskiej.

Jednocześnie próbuję ogarnąć wszystkie sprawy do załatwienia. Od naszego przyjazdu mija właśnie tydzień i jestem z siebie zadowolona - udało mi się niemal wszystko. 

Dentystę odhaczam z listy. Zęby skontrolowane, mogę spać prawie spokojnie. Nie pisałam o tym wcześniej, ale zmagam się z ostrym ciążowym zapaleniem dziąseł. Bałam się pokazać je tureckim dentystom, bo słuchając doświadczeń męża wyobrażam ich sobie jako totalnych rzeźników. Poza tym wątpię by słyszeli o odmiennym leczeniu stomatologicznym kobiet w ciąży. Tutaj w Polsce mam zaufanego stomatologa będącego akurat moją zaprzyjaźnioną ciocią, do której mogę uderzać w każdej chwili. Ciocia poratowała mi trochę zęby, zapisała lekarstwa na dziąsła i już widzę poprawę. Ufff... może jednak zęby nie wypadną mi przed 30-stką ;-)

Wizytę u ginekologa mam w poniedziałek. Niestety nie udało mi się umówić do mojej ulubionej PANI ginekolog. Kobieta w ogóle nie odbiera telefonów, nie wiem jak zajmuje się pacjentkami :-S Trochę żałuję, bo do tej pory byłam bardzo zadowolona z wizyt u niej i chciałam choć raz w ciąży iść do kobiety lekarza. Tymczasem nie tracąc czasu na dalsze wydzwanianie, umówiłam się do mojego drugiego "zastępczego" gina, niestety faceta :-) Porobiłam brakujące badania - morfologię, ogólne moczu i na toksoplazmozę z grupy IGM. Na to ostatnie w ogóle mi w Turcji nie robili badań, a morfologię i ogólne moczu kazali mi wykonać tylko na samym początku ciąży :-/ 

Zakupy dzieciowe niemal skończone. Tymczasowo zawiesiłam polowanie, bo nie wiem kiedy wracamy do Turcji, a już szukamy biletów :-( Wyjazd będzie prawdopodobnie w czwartek lub w następny poniedziałek. Po cichu liczę na poniedziałek, miałabym wówczas jeszcze jeden tydzień więc zakupy z allegro miałyby szansę dotrzeć do mnie na czas :-) Dzisiaj wypuściłam się z mamą do hurtowni z artykułami dla dzieci. Boże, gdybym nie musiała tego wszystkiego przewozić do Turcji, wyszłabym chyba z balotami zakupów. I te drewniane łóżeczka... wszystkie z możliwością zmiany wysokości materaca, podkłady do przewijania, karuzelki....ehhh.... Moje zauroczenie nijak się jednak miało do euforii mojej mamy, która kompletnie odleciała na dzieciową planetę na widok miniaturkowych ubranek i innych słodkich dupereli. Musiałam siłą odciągać ją od stanowiska z ubrankami, chociaż nie udało ich się zupełnie uniknąć. Mama zupełnie ignoruje rozmiarówkę i ładuje do koszyka polarek na 6-miesięczniaka, czyli coś co w naszym przypadku będzie dobre na początek lata :D 

Z najważniejszych zakupów kupiłam pościel do wózka - w Turcji z racji, że w ogóle nie używają gondolek, brakuje również pościeli i rożek. Z tego ostatniego akurat jestem średnio zadowolona, bo wizualnie średnio mi się podoba (różowy). Był to jednak jedyny model, który oprócz rzepu miał też wiązanie. Nie rozumiem w ogóle tych wszystkich rożków na rzepy! Bałabym się, że dziecko mi wypadnie. Przecież po kilku praniach to na pewno nie trzyma się już tak pewnie!

Na zakupach nie zapomniałam również o sobie :)) Jutro idziemy na wesele naszych znajomych więc kiecka musiała być kupiona. Oczywiście brzuszek skutecznie uniemożliwił mi zmieszczenie się w jakąkolwiek sukienkę z mojej starej kolekcji :) Po kiepskim początku zakupy zakończyły się pełnym sukcesem. Trochę zaszalałam, ale co tam - trzy nowe kiecki czekają w szafie :) Na szczęście to takie modele, które spokojnie ponoszę również po ciąży. Boże, już prawie zapomniałam co takie zakupy mogą dać kobiecie. Normalnie poczułam, że żyję :) Moje konto również :)))

Mamy też za sobą wizytę w Poznaniu. Chyba zawsze już to miasto będę darzyć takim sentymentem. H. spotkał się z kolegą Turkiem wciąż mieszkającym w Poznaniu. Ja wypuściłam się na zakupy. Odwiedziłam ulubionego chińczyka (chińskie żarcie to też coś nieosiągalnego w Turcji). H. wrócił szczęśliwy po czterech piwkach wypitych w pełnym słońcu zachwalając ceny alkoholu w Polsce :) 

Rozpieszczam się też kulinarnie :) Zajadam się polską marmoladą z śliwek, serkami almette i wędzoną szynką. Ulżyłam też sobie kiełbaską grillową i żurkiem. Z tęsknotą spoglądam na różowe Carlo Rossi, ale cóż... nie można mieć wszystkiego :) H. z kolei codziennie drinkuje z moimi rodzicami, mnie pozostają soczki :-]

Gdyby jeszcze tylko czas mógł się zatrzymać... Gdyby nie wisiała nad nami wizja powrotu... Gdybym mogła cieszyć się tym wszystkim bez smutnej myśli gdzieś w głębi mojej głowy, że każda minuta przybliża nas do wyjazdu... 

wtorek, 17 czerwca 2014

To za czym tęskniłam

Jest pięknie.

Budzi mnie świergotanie wróbli. 

Na śniadanie jem polski chleb z polskim masłem i polskimi serami. 

Smak polskiego majonezu jest nie do opisania.

Włączam telewizor i słyszę język polski. Ludzie na wizji wyglądają normalnie i nie urzędują od rana w strojach operowych.

Powietrze pachnie inaczej. Tak... czyściej. Nie czuć kurzu i piachu. Wnętrze samochodów się nie kurzy. Mam czyste buty.

Delektuję się Polską na każdym kroku. Staram się tymczasowo nie myśleć o Turcji i tym, co nas tam czeka. Trochę to trudne, bo widzę, że H. martwi się pozostawioną tam pracą. W przyszłym tygodniu pewnie czeka nas wyjazd, ale na razie jeszcze odsuwam od siebie tę myśl. Skupiam się na tym co mamy teraz. Planujemy spotkanie ze znajomymi. Staram się w ten (jak na złość) krótki tydzień powciskać wszystkie wizyty lekarskie, zakupy, spotkania ze znajomymi. Dzień wydaje się za krótki. Tyle chciałabym tutaj zrobić.

Szkoda mi czasu na spanie. Budzę się codziennie około 7 i wyczekuję, aż wszyscy się obudzą. Wyglądam przez okno, cieszę oczy tym wesołym soczystym odcieniem zieleni i wsłuchuję się w dźwięki ogrodu.

Jest mi dobrze.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Podróż w znane i nieznane

Halo, halo! Tu lahana prosto z Polski!

Jesteśmy :)

Podróż minęła całkiem nieźle (chociaż moja tęsknota za Polską osiągnęła tak drastyczny poziom, że gotowa byłabym przyjechać nawet na ośle). Przede wszystkim do podwyższenia komfortu jazdy przyczynił się mój teść, któremu jestem naprawdę wdzięczna za taką troskę o mnie. Otóż teść stwierdził, że nie może pozwolić by jego synowa i wnuczka męczyły się 6-godzinną jazdą autobusem (choć tureckie autobusy są naprawdę wypasione - miałam Wam je pokazać, ale jednak zrobię to innym razem ;)) i osobiście odwiózł nas samochodem na lotnisko w Antalyii na Riwierze Tureckiej. Trasa wynosiła ponad 300km, ale wygodnymi tureckimi dwupasmówkami. Dojechaliśmy więc naprawdę szybko. W drodze towarzyszył nam wujek męża, który zaoferował swoją pomoc co by teść nie wracał potem do domu samotnie. Z niepozornej jazdy na lotnisko zrobiła się więc mała wyprawa. A ja uwielbiam takie wyprawy!

Drogę do Antalyii pokonywałam już wielokrotnie, ale zawsze nocą. Niewiele więc z niej pamiętałam. A trasa, jak to zazwyczaj w Turcji, jest niesamowicie malownicza. Wiedzie przez wysokie góry Taurus, których łańcuch ciągnie się przez całą szerokość Turcji wzdłuż brzegu Morza Śródziemnego. Krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie - przez górskie przełęcze po zielone doliny i górskie hale.



Mniej więcej w połowie trasy przejeżdżaliśmy przez miejscowość Fethiye, która również jest bardzo popularnym kurortem turystycznym. Nasz wujek stamtąd pochodzi. Wzięło go na sentymenty i zaczął wspominać swoje dzieciństwo z czasów, gdy Fethiye było tylko niewielką rybacką wioską. Jednym ze wspomnień była specjalność regionu - sorbet ze śniegu. O tym wynalazku słyszałam już kiedyś od męża, który dawno temu napomknął, że w dzieciństwie zajadał się śniegiem. Oczywiście nadziwić się nie mogłam co on wygaduje. Z racji, że na wspominki wzięło go późno w nocy po jakimś drinkowym wieczorze,  nieźle go wyśmiałam, że brudny śnieg wcinał, H. puścił focha i na tym się skończyło :) Temat powrócił wczoraj, gdy wujek zaczął jęczeć za śnieżnym sorbetem. Tym razem pokusiłam się o wypytanie cóż to takiego. Wujek spokojnie wyjaśnił, że miejscowi zbierają śnieg z gór Taurus, który potem mrożą. Gdy w upalne lato najdzie ich ochota na mroźny sorbet, wyciągają kawałek takiego śniegu, ucierają go z pekmezem i voila - sorbet gotowy! Gdy tylko zakończył wspominki, naszym oczom ukazał się wielki napis przy drodze "sorbet ze śniegu" :D Wujek oczywiście zarządził natychmiastowy przystanek i tym sposobem doświadczyłam sorbetu na własnej skórze ;)

Dokładnie tak jak wujek opisał, kobitka wyciągnęła z wora kawałek zmrożonego śniegu i polała go pekmezem. Pekmez to taki półprodukt z winogron, ciemny i bardzo esencjonalny syrop, który w smaku przypomina syrop klonowy (swoją drogą świetny pomysł na prezent do Polski); często sprzedaje się go w tureckich sklepach w zestawie z tahiną, czyli pastą sezamową. Jeżeli wymieszamy te dwa składniki otrzymamy naturalną nutellę :) - super smaczny krem świetny na kanapki czy naleśniki (chociaż ja te ostatnie uwielbiam też z samym pekmezem). Tak jak tahina jest już dostępna w Polsce w większych marketach, tak pekmez jest wciąż nieosiągalny. Jest to produkt niezwykle zdrowy, bogaty w żelazo i polecany w Turcji na wszelkie schorzenia. 

Pekmez ląduje do michy wraz z śniegiem

Ucieranie

Smacznego!
Jaki był w smaku? Hmm... rozumiem sens sorbetu. To tak naprawdę rozwodniony pekmez z lodem, czyli coś czego w upalny dzień spragniony człowiek często szuka. Aczkolwiek 1) w smaku nie powala - wolę sam pekmez, 2) jest cholernie słodkie - jak to pekmez i 3) kurde, to jest wciąż ze śniegu!!!!! Zważając na pkt. 3 miałam mnóstwo dylematów czy to ustrojstwo wypić, ale wujek chyba by się popłakał, bo jeszcze specjalnie podkreślał, że to przecież DLA MNIE taka atrakcja i się cieszy, że mogłam spróbować :D No więc... liczę tylko, że śnieg był jednym z tych pierwszych i wysoko z gór, tam gdzie psy&koty i górskie kozy nie docierają ;)

Kolejna przygoda czekała nas, gdy wszyscy zgłodnieliśmy. H. skierował auto w stronę restauracji, przy których też zatrzymują się autobusy rejsowe. Wujek zaczął jednak marudzić, że może byśmy się zatrzymali w bardziej klimatycznym miejscu. Twierdził, że zna takie i niedługo pojawią się przy drodze. Ok, wróciliśmy więc na trasę. Gdy zarządził postój moim oczom ukazała się buda ze stolikami i dużą lodówką na zewnątrz. Ale znam już Turcję na tyle by wiedzieć, że często bardzo niezachęcające wyglądem knajpy kryją w sobie przepyszną i prawdziwie turecką kuchnię. Śmiało więc weszliśmy do środka. Wnętrze ciemne i stoi kolejna lodówka, z której można sobie wybrać jedzenie. Już miałam zarządzić odwrót, gdy wujek po krótkiej pogadance z właścicielem miejsca oświadczył, że właśnie znalazł swojego krewnego i to nawet dość bliskiego. Super. W takiej sytuacji zdecydowałam się na zupkę z soczewicy (najpopularniejsza w Turcji i moja ulubiona) kierując się myślą, że gdyby zupka jednak chciała szybciej wyjść, to tak niewielkiej porcji pozbędę się jeszcze na lotnisku ;) Wujek z kolei poprosił o lokalny specjał - jogurt z owczego mleka. Jogurt wzbudził moje ogromne zainteresowanie, bo takiego z owczego mleka nigdy nie jadłam, a nauczyłam się już, że sery z koziego/owczego mleka czy koźlina, baranina itd. przyrządzone po turecku mogą być przepyszne i NAPRAWDĘ nie śmierdzą capem :D Szybko też na nasz stół wjechały zupki, jogurt i talerz pełen sałatki z świeżych soczystych warzyw polany prawdziwym, nieoszukanym sokiem z granatów (to też turecki specjał - słodko-kwaśny i ciemnobordowy sok z granatów jest świetnym dodatkiem do przystawek i właśnie wszelkich sałatek). Zupki okazały się całkiem porządne, a jogurt wujka... pychotką! Jogurt oczywiście tłuścioch, o konsystencji sera, ale w smaku bajka. 

Jogurt z owczego sera

Lodówka z jogurtami będącymi wyrobem knajpy - i wierzcie mi, chociaż plamy na podłodze przed nią nie zachęcają do konsumpcji - warto!
Rozochoceni dobrym smakiem wszystkiego co zamówiliśmy, teść poprosił o kolejny specjał miejsca, którym to chwalił się właściciel, czyli koźlęcinę (właśnie sprawdziłam, że tak się nazywa mięso z młodej kózki). Młode kózki widzieliśmy mijając górskie hale - sielskie widoczki, dookoła góry, zielona trawka i kózki po środku. Ja zachwyciłam się widokiem, a wujek-drapieżca stwierdził "Te koźlaczki to bardzo smaczne są" :D Tak więc doczekaliśmy się naszego koźlaczka - wjechał na stół na żeliwnym podgrzewaczu. I tak, też był przepyszny. 



Mięcho podano przyrządzone we własnym tłuszczu z minimalną ilością przypraw. Te dodawaliśmy sami już na talerzach - trochę soli, bazylii, co kto chciał. Koźlęcina była strzałem w dziesiątkę - po prostu rozpływała się w ustach i tak jak zawsze unikam mięsa w podróży i ogólnie jestem mało mięsna, tak danie to zjadłam naprawdę ze smakiem. 

Tak objedzeni dojechaliśmy na lotnisko. Szybko odnaleźliśmy kolejkę do zamkniętego wciąż kontuaru, którym jak zwykle, okazali się Polacy :) Nie wiem skąd się to u nas bierze, ale jesteśmy narodem wprost uwielbiającym stać w kolejkach! Gdy wróciliśmy tam po ok. 40min. odprawa już trwała. Ledwo co stanęliśmy w ogonku, H. mówi, że oto właśnie odprawili się nasi sąsiedzi z Poznania :D :D :D Oni też nas zauważyli. Właśnie wracali z wakacji na Tureckiej Riwierze. Nagadaliśmy się za wszystkie czasy nie mogąc się nadziwić jaki ten świat jest mały...

Przez całą odprawę nikt mnie nawet nie zapytał o ciążę czy zaświadczenie od lekarza. Tak też trafiłam do samolotu, zajęłam sobie miejsce i wyciągnęłam z torby Snickersa (mam teraz na nie fazę) co by zaspokoić nagły głód. Gdy właśnie opychałam się ostatnim kawałkiem przede mną wyrosła stewardessa z pytaniem "Który to tydzień". Zaskoczona, wyjąkałam "Szósty..". Dziewczyna patrząc na mój pokaźnych już rozmiarów brzuch: "Szósty?", a ja: "...miesiąc. Tydzień 24". Dziewczę zaczęło marudzić, że powinnam mieć chyba zaświadczenie, ale ona nie pamięta od którego tygodnia. Odpowiedziałam, że mogę ją poinformować, bo wszystko sobie sprawdziłam przed wylotem - zaświadczenie potrzebne jest od 26 t.c. ale ja na wszelki wypadek się o takie postarałam. I dodałam też, że trochę późno mnie przyuważyli z brzuchem - no bo co gdybym była po 26tc i bez zaświadczenia? Bagaż już nadany, jestem na liście pasażerów, ba, siedzę w samolocie i co? Wyprosiliby mnie? Dałam jej zaświadczenie. Dziewczę pyta czy może sobie zatrzymać. No w sumie nie jest mi ono już potrzebne, ale trochę się zirytowałam jej najściem i wypytywaniem na forum całego samolotu więc na złość powiedziałam, że nie, proszę skserować. I tak cały samolot czekał na ksero mojego zaświadczenia :D

Lot minął spokojnie, nogi nawet bardzo nie spuchły. Stewardessa nie dawała mi spokoju :) Co chwilę przychodziła z pytaniem, czy czegoś mi nie brakuje, czy nie chcę wody, że mam pić dużo wody  i czy mam wszystko co potrzebne. Poczułam się wręcz onieśmielona, no nie jestem przyzwyczajona do takiego vipowskiego traktowania w szczególności podczas lotu tanimi liniami :D

Tym sposobem postawiłam nogę na polskiej ziemi. Rodzice odebrali nas z lotniska i pomknęliśmy do domu.

A rano... obudziło mnie ćwierkanie ptaków. Otworzyłam oko, wytężyłam słuch i .... nie usłyszałam ani jednego uderzenia młotkiem, ani jednej wiertarki (w Turcji wokół naszego mieszkania są trzy place budowy). Wstałam, podeszłam do okna, otworzyłam. Popatrzyłam na zielony ogród, z dala dochodziło zawodzenie kościelnego (niedziela komunijna). Czy ja kiedyś pisałam, że polskie powietrze inaczej pachnie? :)

piątek, 13 czerwca 2014

Negocjacje z doktorkiem

Sama już nie wiem co myśleć o wczorajszej wizycie u doktorka Aliego. Jak zwykle minęła piorunem. H. twierdzi, że to przez to, że moja ciąża jest kompletnie bezproblemowa. Wygląda to za każdym razem mniej więcej tak: 

1. Dzień dobry, co u was? - Ok.
2. Czy masz jakieś dolegliwości? - Nie.
3. Zajrzyjmy co słychać u dziecka.
Tu następują 2 min. USG przez powłoki brzuszne.
4. Zobacz tu główka, zmierzmy obwód.
5. Tu brzuszek, zmierzmy obwód.
6. Dziecko waży X g i mierzy X cm. O zobacz tu oczy/nos/rączka/nóżka.
7. Posłuchajmy bicia serca (10sek.)
Koniec badania USG, przechodzimy z powrotem do biurka.
8. Czy skończyły ci się jakieś leki?
9. Czy pasuje ci następna wizyta dnia X?
10. Do widzenia.

Gdyby tak mnie potraktował polski ginekolog w życiu bym już do niego nie wróciła. Ale skoro tutaj nie robi się badania ginekologicznego, czyli nie mierzy się szyjki, nie pobiera się żadnych wymazów, nie trzeba się rozbierać/ubierać to tak naprawdę... nic więcej nie pozostaje. Niby to rozumiem, aczkolwiek gdy czeka się ponad godzinę (pomiędzy nr 3 a moim 4 na wezwanie pielęgniarki weszły jeszcze panie z nr 3,5 i 3,75, potem na ekranie pojawiło się nazwisko pacjentki z nr 5, a po niej zawołano panią z nr 3,8, gdy ostatecznie H. poszedł do pielęgniarki wywołującej pacjentki z prośbą o wyjaśnienie numeracji, ta ogłosiła wszystkim obecnym, że doktorek właśnie dostał wezwanie do cesarki więc zarządzają pół godzinną przerwę), człowiek oczekuje trochę więcej zainteresowania.

Zainteresowanie doktorka Aliego objawiło się w zupełnie niespodziewanej przeze mnie postaci. Doktorek zaraz na wejściu zastrzelił mnie pytaniem "I co? Kąpałaś się w basenie?". Szczęka mi opadła, że zapamiętał, ale widać jestem chyba jedyną jego pacjentką, która nie potakuje twierdzącą na wszystkie jego zalecenia :-] Odpowiedziałam, że owszem i mam się dobrze :)

Nasze maleństwo pomału przestaje być maleństwem. Waży już 600g i mierzy ok. 25cm. Podczas badania przez cały czas fikała, ale udało się uchwycić zdjęcie buziolka. Wpatruję się w nie teraz jak oczarowana. Nie mogę uwierzyć, że to nasze dziecko, nasze dzieło :) H. stwierdził z przekonaniem, że czoło ma wypisz wymaluj jak moje :D

Pierwszy portret naszej córeczki

Gdy doktorek zabierał się już do zakończenia badania USG, zażądałam sprawdzenia szyjki. Lekko parsknął śmiechem, ale bez słowa złapał za sondę jeszcze raz. Szyjka ok. 4cm. Około.

Po USG doktorek przeszedł od razu do opisu kolejnej wizyty, przed którą mam zrobić krzywą cukrową. Uprzedził, że spędzimy w szpitalu cały dzień. Od rana wyślą mnie do apteki po drinka, potem będą kazali czekać i dwukrotnie pobiorą mi krew, a na koniec będzie wizyta u Aliego. 

Już chciał się z nami żegnać, gdy H. zaczął swoją kwestię :) Dziewczyny, kochanego mam męża, muszę to tu napisać, może przeczyta z toalety ;) Przed wyjazdem starałam się go trochę nakierunkować jakich argumentów mógłby użyć w swoich negocjacjach o poród rodzinny, ale moje wskazówki przyjmował z milczeniem. W gabinecie lekarza wyciągnął argument ciężkiego kalibru pt. "moja żona jest ciężarną w obcym dla niej kraju". Wytłumaczył, że sam poród jest dla kobiety stresującym przeżyciem i nie chce bym ja przeżywała jeszcze dodatkowy stres z jakiegokolwiek powodu. Doktorek został postawiony w trudnej dla niego sytuacji, no bo co na to mógł odpowiedzieć? :) Postanowił więc zwalić wszystko na nieporozumienie, dokładnie tak jak każdy typowy Turek by to zrobił. Zagrał więc rolę typu "o co kaman, przecież ja mówiłem, że nie możecie być razem podczas cesarki!". On przecież rozumie, że ja z innego kraju, że u nas inaczej, on nawet miał też pacjentkę Rosjankę i ona również bardzo chciała by mąż był przy porodzie! Dlatego przy naturalnym, tak, jak najbardziej H. może przy mnie być, przy cesarce nie, bo wiadomo, to operacja itd., ale jeśli uda nam się jej uniknąć to mąż może ze spokojem mi towarzyszyć podczas skurczy i gdy dziecko będzie się rodzić też.... tylko musi wyjść od czasu do czasu :D :D :D :D :D :D :D

Gdy usłyszałam tą optymistyczną puentę, w pierwszej chwili nie wiedziałam czy parsknąć śmiechem czy się rozpłakać. Postarałam się zachować spokój i całkiem opanowanym głosem odpowiedziałam, że właśnie taka wizja mnie stresuje, że H. niby może przy mnie być, ale czasem musi wyjść. Że nie chcę w ogóle o tym myśleć w czasie porodu, kiedy H. zostanie wyproszony, chcę się skupić na innych sprawach. Doktorek na to powiedział, że zamęczę męża w ten sposób. Gdy to usłyszałam, miałam ochotę pacnąć go w twarz. Że niby co ja robię??? Jeszcze bardziej dobitnie powiedziałam, że mąż może w każdym momencie wyjść z sali, być może sama go o to poproszę - nie wiem w tym momencie, będę rodzić pierwszy raz, ale chcę byśmy to my podjęli w tej sprawie decyzję. 

Doktorek na to odpowiedział, że sala porodowa jest o małej powierzchni i gdy lekarze się wokół mnie zgromadzą nie będzie miejsca dla H. dlatego w momencie badań lepiej gdyby wyszedł. I że skoro to negocjacje to ja też muszę trochę ustąpić. I żebyśmy mu uwierzyli, że sale nie są tak naprawdę dostosowane do porodów rodzinnych to mamy sobie zejść piętro niżej do pani Gamze (pamiętna pani pilates) i poprosić o pokazanie. Ale że mogę być spokojna, bo za każdym razem gdy poproszę o zawołanie H. to będzie mógł wejść. 

Czyli w skrócie - kogel-mogel. Może, ale trochę nie może.

Moją konsternację było z pewnością po mnie widać, bo doktorek spojrzał na mnie i stwierdził "Jej się i tak nie podoba to co mówię". H. szybko dobił targu z doktorkiem, że się dogadamy i w ten sposób rozmowa się skończyła.

Po wyjściu z gabinetu poszliśmy do pani pilates, która była tym razem słodko-pierdząca, normalnie do rany przyłóż. Pokazała nam pokój, w którym oczekuje się na rozwarcie. Pokój jest NAPRAWDĘ spory, ma osobną łazienkę, wokół łóżka żadnej ciasnoty z pewnością nie ma, a oprócz tego jest też wydzielona odrębna część (jakby pół osobnego pokoju) z fotelami i kanapą dla odwiedzających i chyba taty do spania, bo z tego co wyczytałam jedna osoba może zostać przy pacjentce na noc. Więc w razie nagłego tłumu wokół mnie, H. mógłby ze spokojem tam poczekać. Wypytałam o możliwość brania prysznica na tym pierwszym etapie, pani pilates do tej pory się z tym nie spotkała (o losie!), zrozumiała nawet błędnie, że pytam o poród w wodzie, ale stwierdziła, że raczej nie będzie z tym problemu. Na pytanie o wszystkie akcesoria porodowe typu piłka, taboret i inne wynalazki, wspomniała coś o piłce, ale szybko zmieniła temat pytając czy ćwiczę. Ja na to, że nie ćwiczę, bo nie wiem jakie ćwiczenia mogę wykonywać, a boję się sama eksperymentować. Od razu poleciała do swojego gabinetu po rozpiskę ćwiczeń dla mnie. Bóg zapłać.

Sali porodowej nam nie pokazano. Ogólnie jestem troszkę spokojniejsza, bo skoro doktorek powiedział, że H. będzie mógł być przy mnie w chwili, w której urodzi się dziecko, to znaczy chyba, że na nią też będzie mógł wejść. H. z kolei mnie uspokaja, że skoro doktorek przyjdzie do mnie na samą końcówkę, to nikt nie będzie w stanie go z sali wyprosić, a prawdopodobnie w ogóle zapomną o jego obecności. A jeśli już, to wyjdzie na 5-10min. i wróci. 

Rany, zmęczona już jestem rozmyślaniem jak to będzie. Taki 100%-owy komfort psychiczny chyba nie będzie mi dany, ale myślę (tj. mam nadzieję), że jeśli wyraźnie powiem "Proszę zawołać mojego męża", to chyba mi nie odmówią. ...A jeśli się ważą, to odmienię turecką 'kurwę' przez wszystkie przypadki!!!!

wtorek, 10 czerwca 2014

Jedziemy!

Od długiego, naprawdę długiego czasu nie byłam w tak dobrym humorze. Wczoraj kupiliśmy bilety do Polski! I to już na sobotę :) Obdzwoniłam wszystkie możliwe biura podróży, bo szukaliśmy biletów charterowych prosto do Poznania. Nie pamiętam już kiedy się tyle nagadałam po polsku, aż na końcu gardło mnie rozbolało :)

Nie jestem w stanie opisać, jak bardzo się cieszę. Szkoda tylko, że nie udało się znaleźć biletów z dwóch najbliższych nam lotnisk, tylko trzeba będzie dojechać ponad 300km autobusem... Te na szczęście w Turcji są wyjątkowo komfortowe, co Wam z pewnością pokażę, ale sam fakt siedzenia w jednej pozycji przez ok. 6h i potem jeszcze lot samolotem na pewno da nam w kość... Mam nadzieję, że jakoś dam radę, bo motywacja jest spora :)

Myślę już o wszystkich przyjemnościach jakie czekają mnie w kraju. Spotkanie z rodziną, znajomymi, odwiedzenie starych poznańskich kątów, wizyta u polskiego ginekologa (hurrraaaa!!!) i dentysty (mniejsze hurra, ale też doceniam), świńska kiełbacha z grilla :D, polskie sklepy i na koniec wesele mojej bliskiej przyjaciółki. Będzie to pierwsze polskie wesele od niepamiętnych czasów, na którym będzie mi towarzyszył H. - wcześniej z powodu pracy za każdym razem musiał zostać w Turcji. 

W Polsce zamierzam też zakupić sporo dzieciowych pierdółek, a także akcesoriów poporodowych, bo u nas w Turcji wciąż nie ma takich wynalazków jak majtki czy podkłady poporodowe :] Zamówienia już porobiłam, aby nie tracić czasu na oczekiwanie na przesyłki. 

Ojjjj.. jak ja się cieszę. Tęsknię za wszystkim co polskie, nawet za powietrzem. Cieszę się też niezmiernie, że nie lecę sama. Teście uspokoili H., że zajmą się hotelem, nie chcieli puścić mnie samej :) W czasach, gdy mieszkaliśmy w Stambule, każdy wyjazd do Polski oznaczał dla mnie rozłąkę z H. i przez to wciąż przeżywałam wewnętrzne dylematy - spotykam się z rodziną - zostawiam H. Jadę do H. - zostawiam rodzinę. A tak będę miała ich wszystkich wokół siebie :)

Aż mi się chce piać z radości. Najchętniej już zaczęłabym pakowanie :)

Jutro jedziemy na kolejną wizytę u ginekologa. Ostatnim razem doktorek Ali tak mnie dobił, że jedyne co czuję na myśl o spotkaniu z nim to tylko beznadzieja. H. obiecał mi, że będzie z nim negocjował poród rodzinny. Zobaczymy co z tego wyniknie... Jeśli nic, po powrocie do Turcji zacznę szukać innego lekarza, może w końcu los się do nas uśmiechnie. 

Wizyta akurat świetnie przypasowała na 3 dni przed wylotem, bo zamierzam go poprosić o raport lekarski potwierdzający brak przeciwwskazań do podróży samolotem. Co prawda taki raport jest wymagany od 26tc. Ja będę na przełomie 24 i 25, ale wolę się zabezpieczyć w razie gdybyśmy trafili na jakiegoś upierdliwca. Nigdy nie wiadomo czego można się spodziewać po tureckich urzędnikach...

niedziela, 8 czerwca 2014

Opowieści weselne cz. 3 i ostatnia

Dziewczyny, przepraszam jeśli udało mi się zanudzić Was notkami weselnymi na śmierć. Jeżeli dotrwałyście do tej części to serdecznie Wam gratuluję, postaram się by to była już ostatnia część historii, no bo cholerka ileż można... Ale cóż ja poradzę na to, że tureckie tradycje weselne są TAK BARDZO różne od naszych? Że jest tak dużo pierdółek, detali, które tworzą całą atmosferę inności? :) No nic, nie tracę czasu i przechodzę do rzeczy.

Wesele. Wreszcie przychodzi na nie kolej :) Po zmówinach, zaręczynach i nocy henny Turcy wreszcie doczekują się godziny "zero". Ten dzień jest wyjątkowo chaotyczny, pamiętam dokładnie jak to było u nas :)

Podczas gdy panna młoda wraz z całą świtą pędzi z rana do fryzjera, pan młody odwiedza inny salon piękności :) Nie wiem czy w Polsce takie praktyki też są obecne, ale tutaj standardem jest pakiet zabiegów przygotowujących faceta do ślubu :) Oprócz dokładnego strzyżenia, golenia, lekkiej korekcji brwi, wycinania kłaków z nosa i uszu, pan młody ma również nakładaną maseczkę oczyszczająco-nabłyszczającą. Nie wiem jak to dokładnie wygląda, tyle udało mi się dowiedzieć od H. Mogę Wam natomiast więcej powiedzieć o efektach takiej wizyty - mój mąż wrócił tak wymuskany, że ledwo co go poznałam i na wszystkich zdjęciach świeci się jak psie jajka :-]]]]

Pierwszy taniec naszych przyjaciół
W tym czasie od samego rana do popołudnia UWAGA UWAGA kręci się akcja związana z jedzeniem. Oho, wreszcie nadchodzi na nie pora. Czy właśnie pomyślałyście o restauracji ze stołami nakrytymi białymi obrusami??? Ja mojego pierwszego razu w Turcji też :) Ale zonk, drogie Panie, to nie tutaj. Pamiętam dokładnie moje zdziwienie, gdy teściowa pierwszy raz wywiozła mnie na weselny poczęstunek. Ten wydawany jest w miejscu zamieszkania panny młodej, a raczej przed nim :) W ogrodzie (jeśli jest) lub zwyczajnie na części ulicy, którą się z tej okazji wyłącza z ruchu rozstawiane są plastikowe stoły i krzesła. Nie razem tylko osobno. Do obsługi zatrudnia się kilku chłopaków, którzy przychodnim wskazują miejsce do zajęcia i wykonują szybko akcję "stoliczku nakryj się". Czyli nakrywają stoły (najczęściej) gazetami (!!!) i szybko przynoszą tradycyjny weselny zestaw: fasolka w sosie pomidorowym z wołowiną, sałatka, pilaw, pikantna mleczno-pszeniczna papka zwana keşkek, frytki w jogurcie i butelka wody mineralnej :D Wszystko na wspólnych talerzach, z których grupa gości wyjada razem łychami :) Czy już zbieracie szczękę z podłogi? 

Standardowy stół weselny
Na taki poczęstunek może przyjść dosłownie każdy, również ci, którzy nie zamierzają przyjść na wesele. Przy wydawaniu posiłku często aktywna jest już orkiestra dająca popis bębnowych możliwości.

Czasem w tym czasie młoda para z tylko najbliższymi gośćmi udaje się do urzędu cywilnego i bierze oficjalnie ślub. Częściej jednak czekają z tym do wieczora. Gdy już jest spokojnie po 19:00 i wystarczająca liczba gości zjawiła się na miejscu wesela, nadjeżdża młoda para. Wchodząc do salonu weselnego/na szkolne boisko/wiejskie klepisko jest witana oklaskami. Oficjalne wejście przypieczętowane jest przejściem przez bramkę z kwiatów i przecięcie wstęgi :D Tutaj często napotykają pierwszą próbę naciągnięcia ich na kolejne kilka lir przez obsługę, która podając nożyczki do przecięcia wstęgi uprzedza, że nożyczki "nie tną".

Zaraz po tym młodzi od razu startują na środek parkietu i tańczą pierwszy taniec z rodzaju "slow". Potem przechodzą do swoich tronów - na podwyższeniu ustawiony jest stół i dwa krzesła wszystko nakryte białym atłasem z kokardami, kwiatami i bożonarodzeniowymi światełkami :) Wtedy też przychodzi urzędnik z urzędu cywilnego w bordowym płaszczu i udziela młodym ślubu. W Turcji wyłącznie śluby cywilne są rozpoznawane przez prawo. Jest to często niespodzianka dla cudzoziemców, którzy mylą Turcję z państwami arabskimi i wyobrażają sobie, że w kraju działa niemal szariat. Turcja nie ma nic wspólnego z Arabami (oprócz religii, no, ale to jak Polska i Meksyk) i jest to w pełni państwo laickie (bardziej laickie niż Polska). Żonę można mieć tylko jedną :D i żeby oficjalnie się żoną mogła nazywać, trzeba wziąć ślub cywilny. Śluby muzułmańskie udzielane przez imamów nie mają żadnej mocy prawnej, czyli oficjalnie są nieważne. 

Moment składania przysięgi. W czerwonym płaszczu urzędnik państwowy.

Po wypowiedzeniu przysięgi, młodzi przekładają obrączki z prawych dłoni na lewe, mąż może pocałować żonę w czoło. Całować się w usta przed cała weselną świtą NIE WYPADA. Żadnego więc "gorzko, gorzko" :D

Po tej części oficjalnej nadchodzi czas na kolejnego "slow'a". Dalej zaczynają się tradycyjne tureckie rytmy i wszyscy goście proszeni są do tańca. "Slowy" tańczy się w parach. Mężatki tańczą tylko ze swoimi mężami (nad czym ubolewam, ahh! Nie, żeby H. był beznadziejnym tancerzem, ale ja akurat lubię tańczyć z różnymi partnerami :) Zupełnie obcy jest im zwyczaj tańczenia z kolegą/wujkiem/nieznajomym), a jeżeli takiego zabrakło lub jest niedysponowany, bidna kobitka tańczy z inną kobietą :) Jest to widok niesamowicie pocieszny, który wciąż wywołuje u mnie uśmiech na twarzy, ale dla nich to zupełna normalka. Problem sam się rozwiązuje, gdy po slowach zaczyna się maraton tureckiej muzyki ludowej, czyli tańczymy w kółeczkach lub większych grupach, ewentualnie z partnerem ale na odległość :) Tutaj już dozwolone jest zwrócenie się w stronę innego mężczyzny.

Takie tańce są okropnie wyczerpujące, ale kto powiedział, że wesele to przyjemność :) Oj nie, tureckie wesele to dla pary młodej przede wszystkim ciężka praca. Trzeba zasuwać na parkiecie non stop, podrygiwać w rytm ogłuszającego bębna, kręcić zmysłowo zadkiem i cycuszkami w dźwięk zawodzenia zurny. Muzyka jest bardzo głośna, więc prowadzenie dyskusji między gośćmi jest praktycznie niemożliwe. Poza tym nie ma do czego siadać - stołów brak, jedzenia brak. Są jedynie krzesła poustawiane dookoła miejsca do tańczenia, które okupują głównie babcie. Także gdy para młoda usiądzie, siadają wszyscy i nagle wesele zamiera. Nikt nie chce tego ryzykować więc młodzi niestrudzenie podrygują dalej. 

Wszystko jednak wynagradza godzina ok. 22, czyli moment wręczania prezentów. Jak już Wam wcześniej wspominałam, tradycyjnym prezentem jest złoto. Od rodziców panna młoda dostaje kolejny komplet kolczyki & naszyjnik, od teściów najczęściej grubaśną bransoletę. To oni wręczają prezenty jako pierwsi. Za nimi ustawiają się pozostali goście. Najbliższa rodzina kupuje bransoletki. W Turcji nie ma dmuchanego złota, wszystkie wyroby są pełne. Za standardową uważa się próbę 916 (czyli 22-karatowe), nie 585 (popularna 14-nastka) jak w Polsce. Pozostali kupują złote monetki z wytłoczonym wizerunkiem pierwszego prezydenta Turcji - Atatürka, zwane potocznie "ćwiartką" (nazwa wzięła się od wagi wyrobu, choć są też bogatsze wersje, czyli np. "połówka"). Dalsi goście, dalecy znajomi, sąsiedzi i goście z przypadku wręczają pieniądze. 

Złota "ćwiartka"
Monetki i banknoty przyczepia się agrafkami do czerwonych szarf, które para młoda ma przerzucone przez ramiona.

Wręczanie weselnych prezentów
Po tym niewątpliwie najważniejszym dla nowożeńców momencie, obwieszeni złotem i pieniędzmi tańczą tradycyjny taniec. Złoto jest prezentem zarówno dla panny młodej jak i dla pana młodego. Jest to taki początkowy budżet rodzinny. Po weselu młodzi często sprzedają część złota (w Turcji nie ma takiej różnicy jak w Polsce w cenie złota kupowanego i sprzedawanego) i za pieniądze w ten sposób uzyskane kupują np. samochód. Z moich obserwacji wnioskuję jednak, że zwyczaj ten mocno ewoluuje w ostatnich latach i prezenty nie są już tak bogate jak to było w przeszłości. Kiedyś za równowartość weselnych prezentów młodych było stać nawet na mieszkanie.

Jak widać na zdjęciach strój młodej pary jest bardzo podobny do europejskich ubrań weselnych. Tak naprawdę jedyną różnicą jest czerwona szarfa w pasie panny młodej. Szarfę tą zawiązuje jej ojciec przed wyjściem z domu. Szarfa ma symbolizować dziewictwo kobiety. Tak przynajmniej było w przeszłości, bo teraz za wyjątkiem zacofanego wschodu państwa nikt tego nie sprawdza, a Turczynki mieszkające w dużych miastach często żyją dość swobodnie. Jednak na wschodzie, głównie wśród Kurdów, całkiem popularna jest praktyka uzyskiwania zaświadczenia lekarskiego potwierdzającego dziewictwo dziewczyny.

Na weselach często są też dodatkowe atrakcje w postaci pokazu regionalnych tańców. Na naszym weselu był np. pokaz tańca z drewnianymi łyżkami zawodowych tancerek w strojach ludowych.

Pokaz tańca z drewnianymi łyżkami
Tureckie wesela kończą się około północy. Najczęściej po wręczeniu prezentów część gości pomału się rozchodzi.

W Turcji w zdecydowanie większości przypadków młodzi sami się dobierają i podobnie jak w Europie, po pewnym czasie decydują na ślub. Mieszkanie razem przed ślubem nie jest akceptowane, jednak młodzi Turcy i na to znajdują rozwiązania. Wiadomo, potrzeba matką wynalazków. Gdy studiuje się w mieście oddalonym o setki kilometrów od rodzinnego domu, poczucie wolności bardzo wzrasta. Często widziałam u naszych znajomych, że pary wynajmowały co prawda swoje osobne mieszkania na wypadek odwiedzin rodziny, ale w praktyce mieszkali razem u chłopaka. Pomimo tej wielkomiejskiej wolności, częste są też małżeństwa aranżowane. Zajmują się tym głównie rodziny mężczyzn, którzy po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej są już oficjalnie gotowi do ożenku. Matki i babcie robią szybkie rozpoznanie terenu i wynajdują idealną według nich kandydatkę na pannę młodą. Młodzi są wtedy sobie przedstawiani (z wyraźnym zaznaczeniem celu znajomości) i mogą się trochę pospotykać :) Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wkrótce przychodzi czas na zmówiny. Znam wiele par, które w ten sposób się pobrały, i co na początku w głowie mi się nie mieściło, są to pary szczęśliwe i wyglądają na kochające się :)
Są też śluby ekstremalne, jak to nazywam, czyli takie, w przypadku których młodzi pierwszy raz widzą się dopiero na zaręczynach, ale należą do zdecydowanej rzadkości i występują w najbardziej zacofanych i konserwatywnych środowiskach na wschodzie kraju, głównie wśród Kurdów.

A jak to było u nas? :)

Po 5 latach znajomości i tylu też mieszkania razem, H. wreszcie padł przede mną na kolana prosząc o moją rękę. Zaręczyliśmy się sami, po polsku, a fakt ten przypieczętowaliśmy pierścionkiem zaręczynowym. Po kilku miesiącach, gdy w Polsce odwiedzili nas jego rodzice, mój teść wypowiedział oficjalną formułkę o woli Allacha i prośbie o moją rękę przed moim tatą :) Tata stwierdził, że już dawno po ptakach, więc on nie ma tu nic do gadania :D Dla tureckiej rodziny zorganizowaliśmy zaręczyny. Nie chciałam jednak wystraszyć moich rodziców tureckimi zwyczajami weselnymi, więc wyprosiłam byśmy tą pierwszą imprezę mieli zorganizowaną na nutę europejską - w restauracji, nie na klepisku, z najbliższą rodziną, a nie 400 gośćmi. Tak też się stało. Impreza była elegancka, w pięknie położonej restauracji, ze skromnym poczęstunkiem, ja ubrana byłam w prostą biało-czarną sukienkę, nie jaskrawą bezę zasypaną brokatem i cekinami. Po zaręczynach nasi rodzice usiedli do stołu i zaczęliśmy uzgadniać kwestie wesela. Mam bardzo małą rodzinę, więc początkowo planowaliśmy jeden ślub turecki. Wykorzystując wizytę moich rodziców w Turcji zabrałam ich na tradycyjne tureckie wesele, aby mieli pojęcie co ich czeka. Cóż, bawili się dobrze, ale coraz częściej zaczęły nas przytłaczać tureckie zwyczaje. Bo prawdą jest, że one wszystkie są piękne, ale tak RÓŻNE od naszych, że żaden kompromis nie był tu możliwy. Co gorsza, rodzina mojego męża mieszka na tureckiej prowincji, sami są naprawdę nowocześni, ale co z tego skoro wszystkie ciotki, wujki, kuzyni i sąsiedzi nie? Trzeba było więc zorganizować tradycyjne wiejskie wesele dla ponad 600 gości. Z racji, że z Polski mieli przyjechać tylko moi rodzice i siostra, polskie akcenty zupełnie zginęły w natłoku tureckich nakazów. I gdy podczas jednego z wieczorów z moją mamą przy winku i dobiegających odgłosach z polskiej imprezy dożynkowej :D usłyszałyśmy "Sokoły" i "Mydełko Fa" i "Dzikie Łabędzie"... aż serce ścisnęło, że nie będzie tego wszystkiego na naszej imprezie :)) Wówczas też zapadła decyzja, by zorganizować osobno polskie wesele w Polsce i tureckie wesele w Turcji. Teraz z perspektywy czasu wiem, że to była najlepsza decyzja. Moja rodzina nie została pominięta, wszystkie tradycje dopilnowane i uczczone. Tureckie wesele miało być pierwsze i miało być samym weselem. Po miesiącu miała przyjść kolej na wesele w Polsce i ślub kościelny konkordatowy (to ostatnie dla mojej 105-letniej prababci, dla której bez ślubu w kościele w ogóle nie było ślubu, nie dało się z nią dyskutować). Los oczywiście zweryfikował nasze plany i gdy nasze państwo zaserwowało H. olbrzymie kłopoty w wydaniu kolejnego pozwolenia na zamieszkanie w Polsce (pomimo skończonych studiów w Polsce, legalnej pracy w Polsce i braku choćby mandatu za jazdę tramwajem bez biletu) zdecydowaliśmy, że nie mamy już sił na użeranie się z niedouczonymi urzędnikami i zamówiliśmy w Urzędzie Cywilnym pierwszą wolną datę. W ten sposób w czerwcu 2011 roku tylko przy naszych rodzicach, siostrach oraz mojej babci staliśmy się mężem i żoną :) Zaraz po ślubie wyprowadziliśmy się do Stambułu. Na początku września my ze Stambułu i moi rodzice z Polski zjechaliśmy się do rodziców H. na tureckie wesele. Na samo wyobrażenie siebie w czerwonym stroju bindalli dostawałam gęsiej skórki. Początkowo próbowałam wybrać taki model bindalli, który odpowiadałby mojemu poczuciu estetyki, ale im mniej brokatu miał on na sobie, tym mina mojej teściowej rzedła. Wtedy też zupełnie sobie odpuściłam i dałam teściowej zielone światło na wybranie wszystkiego beze mnie, tak by tureccy goście i oni sami byli zadowoleni. Sobie zarezerwowałam jedynie wybór sukni ślubnej i tutaj prosiłam się nie wtrącać :D Suknię zaprojektowałam sobie sama i uszyłam w Polsce, a moi rodzice przywieźli ją do Turcji samolotem w bagażu podręcznym :D Gdy przyszedł wieczór z imprezą hennową, moi rodzice byli dokładnie poinstruowani co się będzie działo. Przed wyjściem golnęliśmy sobie na odwagę troszkę martini i jazda na klepicho. Sukienkę znowu miałam przywiezioną z Polski, skromną i taką, w której dobrze się czułam. Później ubrałam też bindalli. Bindalli wybrane przez moją teściową miało największą ilość brokatu jaką kiedykolwiek w życiu widziałam. 

Nakładanie henny na dłonie
Tradycyjny taniec
Gdy wyszłam tak przebrana, zobaczyłam trwogę w oczach mojej mamy pomimo, że rodzice wiedzieli co się będzie działo i widzieli też wcześniej inne tureckie wesele. Mama potem tłumaczyła, że owszem wiedziała, ale zobaczyć tak ubraną swoją własną córkę to było jednak zupełnie inne doznanie :)

Następnego dnia czekało nas tureckie wesele. Znowu golnęliśmy sobie po drinku na odwagę i jazda do gości. Teściowa moją sukienkę podsumowała jednym słowem "skromna". No i amen. Przynajmniej jeden akcent po mojemu ;) Czerwoną szarfę w pasie sobie podarowaliśmy. Teściowej powiedziałam, że nie pasuje ona do mojej sukienki. Nie protestowała ;)


Po skończonym przedstawieniu dla gości, czyli tańczeniu przez ok. 4h bez przerwy ludowe tańce tureckie, wyskoczyliśmy z moimi rodzicami i najbliższymi znajomymi do pubu na alkoholowe  i kompletnie luzackie afterparty :)

Po miesiącu odpoczynku zjechaliśmy tym razem z turecką familią do Polski, gdzie moi rodzice kończyli już przygotowania do naszego ślubu. Kolejny ślubny maraton rozpoczęliśmy od butelek z świńską kiełbachą z grilla i piwem. Czy u Was też jest zwyczaj butelek? :) 

Po małych perypetiach z księdzem proboszczem udzielającym po raz pierwszy w życiu ślubu międzywyznaniowego, staliśmy się również mężem i żoną w wymiarze katolickim :) Szczegóły tutaj pominę, żeby się znowu nie denerwować, ogólnie zaznaczę tylko, że ksiądz miał problem w zrozumieniu sensu ślubu MIĘDZYWYZNANIOWEGO. Na polskim weselu wyszaleliśmy się za wszystkie czasy. Wesele było mega luzackie, my czuliśmy się swobodnie, nie było fajerwerków ani pierwszego tańca rodem z "Tańca z gwiazdami" tylko kompletny spontan i "gorzko gorzko". Wszyscy byli zadowoleni, mogliśmy nagadać się z naszymi znajomymi. Starsze pokolenie świetnie współgrało z młodszym, nasi polscy znajomi z tureckimi. Turcy świetnie wpasowali się w polską imprezę, docenili turecki alkohol obecny na stole i turecką muzykę od czasu do czasu. Co do muzyki, moja mama miała spore obawy, że starsze pokolenie gości nie będzie umiało tańczyć do takich rytmów. Tymczasem turecka muzyka okazała się hitem wesela, nikt nie mógł przy niej wysiedzieć przy stole. Teściowa została obtańczona przez wszystkich moich wujków, co kwitowała mega zawstydzonym uśmiechem, ale dzielnie maszerowała na parkiet :) Było też "gorzko gorzko" dla rodziców młodej pary i teście także poradzili sobie bez zarzutu :) Po imprezie dostaliśmy mnóstwo telefonów z podziękowaniami za tak fajną zabawę :)

Akrobacje z moją siostrą :)

Więcej wesel i ślubów nie pamiętam. 

A, przepraszam. Pamiętam. 

Po jakimś tam czasie mieliśmy jeszcze ślub muzułmański u naszego zaprzyjaźnionego imama. Oboje nie jesteśmy religijni, ale stwierdziliśmy, że skoro wzięliśmy ślub kościelny to dla wyrównania powinniśmy też wziąć ślub muzułmański :D Odwiedziliśmy imama w domu, ten pewnego ciepłego wieczoru zaprosił nas do swojego ogrodu, usiedliśmy przy stole, imamowa żona zarzuciła mi na głowę białą chustę, imam nas pobłogosławił i po trzy razy zapytał się nas po kolei "Czy chcesz tego tu za męża?" i "Czy chcesz tą tutaj za żonę?". Trzykrotne powtórzenie pytania jest bardzo ważne w islamie. Gdybyśmy chcieli się rozwieść po muzułmańsku to też musielibyśmy powtórzyć trzykrotnie "Rozwodzę się z tobą" :D 
Na razie jednak nie zamierzamy ;)

czwartek, 5 czerwca 2014

Opowieści weselne cz.2

Zanim opowiem Wam ciąg dalszy weselnych opowieści, chciałabym w tym miejscu życzyć małej Lilce i Marcie z bloga Mama Dwóch Córek dużo, dużo siły! Niech Lilka szybko wraca do zdrowia i cieszy nas dalej opowieściami o swoich dokonaniach :-) Martuś, trzymaj się kochana. Jestem z Wami myślami i... strasznie pusto na blogowisku się zrobiło bez Was...

Wczoraj opisałam Wam tureckie zmówiny i zaręczyny. Samo wesele i tradycje z nim związane są jednak o niebo ciekawsze :-D Tutaj jednak weselne zwyczaje zaczynają się mocno różnić w poszczególnych częściach kraju, a że Turcja pod względem powierzchni to tak pi razy oko trzy razy Polska, to same rozumiecie... Zacznę jednak od tego jak to wyglądało u nas :-)

Na dzień przed weselem robi się mini imprezę (czyli tak na ok. 200-300 osób ;)) z henną w roli głównej. To taki przedsmak przed weselem :-D Wszystko zaczyna się około godziny 20 i podobnie jak w przypadku zaręczyn, para młoda zjawia się na miejscu dopiero gdy uzbiera się przyzwoita liczba gości. Z założenia noc henny to impreza raczej babska, ale mężczyźni również biorą w niej udział. Najczęściej panowie przesiadują na krzesełkach dookoła "parkietu" (no nie mogę się powstrzymać od uśmiechu w tym miejscu - "parkiet" w wiejskich warunkach to po prostu trochę równiejsze klepicho) w swoim męskim towarzystwie, a czasem też pochlewają rakı (anyżowa wódka turecka) w krzakach. Otwarte picie alkoholu na tureckich imprezach nie uchodzi. To taki typowy turecki absurdzik. Nie wypada, ale po późniejszej godzinie wielu naprutych konkretnie facetów bez pardonu wtacza się na parkiet. Muszę tutaj powiedzieć, że Turcy naprawdę nie potrafią pić kulturalnie. Tutaj pije się po to, by się upić. W rezultacie na wiejskich weselach często dochodzi do spektakularnych kłótni, bijatyk i szarpanin i nikt się tym raczej nie przejmuje, bo to normalne przecież :-)) W salonach weselnych jest trochę więcej kultury, bo brakuje krzaczorów więc trudniej o ustronne miejsce do chlania :) Te salony to najczęściej rudery, muszę przyznać. Ich jedyną zaletą jest powierzchnia. Oczywiście, żeby nie generalizować, uczciwie przyznaję, że tureckie wesela bywają też naprawdę wypasione - bardziej zamożni organizują je w pięknych pięciogwiazdkowych hotelach, których w Turcji nie brakuje, w okropnie drogich stambulskich restauracjach, ba, bywają też i w pałacach sułtańskich (oglądałam zdjęcia z takiego wesela w pałacu - po prostu cudo, jak z bajki). Ja do tej pory największe doświadczenia mam z weselami wiejskimi, czyli na boisku/klepichu plus z ostatnim weselem naszych znajomych w mieście - w salonie weselnym, który był owszem duży, miał okropne toalety i nadawał się do generalnego remontu :D

Ale do brzegu. 

Impreza normalnie się kręci. Panna młoda tradycyjnie w brokatach. Około godziny 22 panna młoda znika na chwilkę by pojawić się w stroju zwanym bindallı. To taki czerwono-złoty strój rodem z pałacu sułtańskiego hehhe. Są to albo spodnie aladynki z bluzką i bardzo strojnym kaftanem, albo długa suknia. Oczywiście wszystko wyszywane złotą nitką, z brokatem i sztucznymi klejnotami :D Na głowie są często kolejne ozdoby, typu złota plastikowa opaska z rubinami udająca prawdziwe złoto i czerwony welon zasłaniający twarz. Gdy tak odstrzelona panna młoda zostanie dostarczona panu młodemu na środek parkietu, ten odsłania jej twarz i całuje w czoło, a potem tańczą razem ludowy taniec. W ogóle na zaręczynach, nocach henny i weselach króluje turecka muzyka ludowa i o dziwo wszystkie pokolenia super się przy niej bawią :) Na weselu naszych znajomych orkiestra w przerwach puszczała zagraniczne hity - pierwszy raz się z tym tutaj spotkałam i gdy w sali zagrzmiało Gangnam Style aż pożałowałam, że jestem w ciąży ;P


Bindalli - strój wieczorowy :)
Po tradycyjnym tańcu (czyli nie w parze a raczej na przeciwko siebie) na środek parkietu organizowane są dwa krzesła, na których szybko usadza się młodą parę. Wtedy też panie wkraczają z tacą z henną. Turecka henna to taki zielony proszek otrzymywany z roślin, który miesza się z wodą. W ten sposób otrzymujemy silnie barwiącą na czerwono papkę. Tym wynalazkiem Turczynki farbują sobie włosy (podobno świetnie na nie działa), maczają palce u stóp i rąk i robią mnóstwo innych rzeczy :) Na opisywanej imprezie henna jest już odpowiednio przygotowana, czyli zmieszana z wodą. Papa jest wyłożona na tacy przystrojonej zgodnie z najnowszym trendem tureckiego kiczu w czerwone falbanki i brokaty, na tacy zapalonych jest też kilka świeczek. 

Taca na hennę
Jeżeli rzecz dzieje się w salonie w tym momencie światła gasną. Dookoła pary młodej zbierają się kobiety, którym rozdaje się kolorowe chusty do zarzucenia na ramiona lub (jak ostatnio widziałam u znajomych) czerwone welony :) Panie tanecznym krokiem krążą wokół młodej pary przekazując sobie po kolei tacę z henną. Kobieta, która dzierży tacę tańczy wewnątrz koła pań, dookoła pary młodej, machając tacą nad głową młodej pary. Po tym do akcji wkracza matka/teściowa/ciotka panny lub pana młodego i wybiera z tacy hennę, a następnie taką papkę kładzie na wewnętrznej stronie dłoni panny i pana młodego. Ja jeszcze przed ślubem łudziłam się, że zrobią mi te piękne drobniutkie koronkowe wzorki henną, tak jak to się robi pannom młodym w krajach arabskich, ale niestety, w Turcji tradycja poszła w innym kierunku. Tutaj robi się tylko kleksa i koniec :/// Żeby henna pofarbowała skórę, trzeba trzymać ją przez przynajmniej kilka godzin więc po nałożeniu jej na dłonie młodej pary zakrywa się ją czerwonymi rękawiczkami lub fikuśnymi czerwonymi gumkami z falbankowymi, święcącymi kokardkami :D


Jest brokat? Są cekiny?
Po akcji z malowaniem młoda para tańczy kolejny tradycyjny taniec przy akompaniamencie orkiestry. W międzyczasie henna rozdawana jest gościom - chętne panie mogą od razu sobie ją zaaplikować, pozostałe otrzymują malutkie czerwone woreczki z henną w proszku. Z racji, że muzyka jest ludowa, orkiestra gra na tradycyjnych instrumentach, z których najważniejsze są bęben i zurna (rodzaj fletu wydającego bardzo przenikliwy dźwięk). Gdy orkiestra gra jakiś szczególnie popularny kawałek lub gdy facet z bębnem daje nieźle czadu, goście podchodzą do nich wywijając drobnym banknotem, a potem rzucają go na ziemię. To taki napiwek dla muzykantów. Jeżeli chce się w ten sposób nagrodzić tańczącego, trzeba mu ten banknot wsadzić gdzieś do kieszeni, bo zasada jest taka, że co się znajdzie na ziemi jest łupem muzykantów. Zdarzają się też showmeni (których bardzo lubię :D), którzy przygotowują sobie wcześniej pliczek banknotów 1-dolarowych (Agatko, możesz się śmiać :))), wychodzą na środek parkietu, unoszą ręce do góry i szybko tasują plik dolców rzucając je na ziemię :D Najśmieszniejsze z tego wszystkiego są te dolce, bo nigdy nie widziałam by tasowali w ten sposób turecką walutę :D

Ja i moja koleżanka w bindalli

Po tym przedstawieniu impreza toczy się dalej bez dodatkowych atrakcji i kończy się tradycyjnie około północy. Na weselu naszych znajomych pod sam koniec była krótka przerwa i nagle panna młoda pojawiła się w bindalli, w którym została już do samego końca, więc jak widzicie, zwyczaje naprawdę znacznie się różnią. U nas wyglądało to mnie więcej tak jak w opisie powyżej. Oczywiście miałam milion wątpliwości związanych z czerwonym strojem, ale o tym wszystkim napiszę już następnym razem :)






środa, 4 czerwca 2014

Opowieści weselne cz. 1

Z góry przepraszam wszystkich niecierpliwie oczekujących postu o tureckim weselu - mea culpa, ale wolny zawód ma to do siebie, że jak jest robota to się ją natychmiast bierze, więc same rozumiecie ;-] Post będzie mega długachny, pewnie podzielę go na części, bo boję się, że najwytrwalsze czytelniczki mogą przy nim nie wytrzymać :-)

Przede wszystkim już na wstępie muszę zaznaczyć, że tureckie tradycje weselne bardzo różnią się w poszczególnych regionach kraju. Wesele naszych znajomych miało miejsce zaledwie 200km od miejscowości mojego męża, a różnic między ich a naszym weselem było naprawdę sporo. Do naszych polskich imprez nie ma co porównywać - przepaść jest zbyt wielka :-D Pamiętam jak sama pomimo wielokrotnych wizyt w Turcji i pomimo studiów turkologicznych dłuuugo nie mogłam się przyzwyczaić do tych jakże odmiennych zwyczajów. Całe otoczenie weselne sprawiało, że czułam się po prostu jak na innej planecie :-D

Ale pozwólcie, że zacznę od początku, czyli od tzw. zmówin. Tak, tak, to wciąż tutaj funkcjonuje. Gdy już młodzi (albo inni za nich :)) podejmą decyzję o weselu, ich rodziny spotykają się by nadać wszystkiemu oficjalny ton. Odstrzelony w najlepszy garniak przyszły pan młody wraz z rodzicami lub seniorem rodu odwiedza rodzinę dziewczyny w wiadomym celu. Oczywiście najczęściej taka wizyta nie jest dla rodziny dziewczyny niespodzianką i jeśli wcześniej się spotykali, dziewczyna po wcześniejszym wybadaniu sytuacji w domu, daje znać chłopakowi, że grunt jest podatny i mogą przychodzić :-D Na takiej wizycie po standardowym pitu-pitu dziewczyna przygotowuje dla gości turecką kawę. Dla tych, którzy nie wiedzą, szybko tłumaczę, że napój ten jest tutaj podawany w malutkich filiżankach i jest tzw. mega siekierą - kawę parzy się dwukrotnie i słodzi się ją przed parzeniem, czyli z góry trzeba wiedzieć kto jaką pije. Według tradycji kawa przyszłego pana młodego powinna być przygotowana gorzka nawet jeśli lubi słodką, w ekstremalnych sytuacjach dodaje się do niej odrobinę soli. Wszystko po to by sprawdzić jego zdolność do poświęcenia dla przyszłej żony - jeśli wypije napar bez słowa, egzamin można uznać za zdany :-) Podczas picia kawy ojciec chłopaka lub senior jego rodu wypowiada tradycyjną formułkę, że zgodnie z wolą Allaha chcieliby prosić o córkę X dla ich syna Y. Jeśli dziewczyna dobrze przygotowała grunt pod zmówiny, jej ojciec w tym momencie najczęściej mówi, że decyzję pozostawia córce i po wiadomym happy endzie przechodzą do konkretów, czyli ustaleń kiedy zaręczyny, kiedy wesele, itd. itd. Po takich zmówinach para może się już oficjalnie spotykać, zapraszać na uroczystości rodzinne i przede wszystkim odwiedzać w swoich domach.

Tradycyjna kawa po turecku

Zaręczyny. Zaręczyny to w Turcji kolejna impreza, która w praktyce bardzo przypomina samo wesele. Zaręczyny organizuje się tutaj najwcześniej na rok przed weselem, a bywa też tak, że robi się je na kilka dni przed nim. Nie wiem dokładnie skąd to się bierze, ale Turcy niechętnym okiem patrzą na długie narzeczeństwo. Wyznają zasadę, że skoro już powiedziało się A to trzeba teraz powiedzieć B i to najlepiej jak najszybciej. 

Zaręczyny podobnie do samego wesela są organizowane z olbrzymią pompą i pierwszym tego wyznacznikiem jest liczba gości, która ... idzie w setki. Wesele oczywiście jest ważniejsze od samych zaręczyn i przez to bardziej tłumne, ale zaręczyny nie odstają zbyt mocno. Standardową liczbą gości weselnych jest ok... 600 :-D I to o dziwo, wcale nie bierze się z dużej liczebności tureckich rodzin, bo te jak wiem z doświadczenia (oprócz skrajnych przypadków, które nota bene zdarzają się przecież również w Polsce) nie są wcale tak odmienne od naszych rodzimych. Różnica leży w postrzeganiu rodziny, bo nie wiem jak Wy, ale ja nie uważam już za swoją rodzinę dzieci dalekiej kuzynki mojej babci, ba, samej kuzynki też już nie, ale Turcy jak najbardziej. To jest właśnie powód przeświadczenia, że tureckie rodziny są ogromne, a nasze takie malutkie. Na wesele oczywiście wszystkich wypada zaprosić. Poza tym na tureckie imprezy tego typu zaproszenie jest otwarte :-) To znaczy, że każdy, naprawdę KAŻDY jest na nich mile widziany. Pisemne zaproszenia wysyła się najbliższej rodzinie i znajomym, ale oprócz tego każdy z zaproszonych może przyprowadzić na imprezę rodzinę męża/żony, a także swoich znajomych. Przy okazji naszego wesela my poszliśmy trochę na łatwiznę i po rozesłaniu zaproszeń zamówiliśmy ogłoszenie w gminie, która to odczytywała nasze zaproszenie weselne przez 2 dni przez megafony rozmieszczone w dwóch wioskach :-D 

Z racji na trudną do przewidzenia liczbę gości, zaręczyny i wesela organizuje się w tzw. salonach weselnych, które są po prostu olbrzymimi salami z wystarczającą ilością krzeseł poustawianych pod ścianami lub na świeżym powietrzu. Standardem są również hale sportowe i boiska szkolne. Mnie na przykład marzyło się wesele na lokalnej plaży, ale ta... okazała się za mała dla naszych gości i ostatecznie wylądowaliśmy na szkolnym boisku :-) Oczywiście miejsca te są yhm... odpowiednio dekorowane na turecką modłę (krzesła poobwiązywane kokardami, wieńce z kwiatami na stojakach, świąteczne lampki za stołem młodej pary, itd), ale przyznam szczerze, że i tak bardzo się to kłóci z moim europejskim zmysłem estetyki ;-]

Zarówno na wesele jak i na zaręczyny młodzi robią tzw. wielkie wejście, czyli zwyczajnie się spóźniają. Zasada jest taka, że pojawiają się dopiero, gdy na miejscu uzbiera się przyzwoicie dużo gości. Na wszelkich tego typu imprezach zawsze strasznie mnie to irytuje, bo czasem przychodzi gościom czekać na faktyczne rozpoczęcie imprezy nawet i 2 godziny.

Stroje gości bywają przeróżne. Najbliższa rodzina najczęściej jest (BARDZO) mocno odpicowana, włączając w to wieczorowe suknie (takie wręcz operowe) i brokat we włosach. Dalsza z kolei przychodzi po prostu w czymś czystym i schludnym, a tacy goście z przypadku lub sąsiedzi bywa, że przychodzą w szortach, dresach lub dziurawych butach. Najśmieszniejsze są na tych imprezach małe dzieci, które ubiera się jak na .. bal przebierańców. W szczególności dziewczynki paradują w bardzo strojnych sukienkach, często wzorowanych na suknię panny młodej/narzeczonej, są uczesane przez fryzjera (brokat tradycyjnie musi być) i zazwyczaj mają zrobiony delikatny makijaż (!). 

Narzeczony tradycyjnie przywdziewa garnitur, a narzeczona... hehhhe  :D Tutaj nadchodzi moment na drobną dygresję dotyczącą tureckiej estetyki. Mianowicie, bez owijania w bawełnę, Turcy uwielbiają kicz. Przepadają wręcz za sztucznymi kwiatami, często sztuczną biżuterią, brokatem, cekinami i koralikami. Wszystko musi się świecić. Im więcej świecidełek tym lepiej. Jest to widoczne w wystroju ich mieszkań, w telewizji śniadaniowej oraz, rzecz jasna, w strojach. Suknia narzeczonej powinna być 1) na największym kole, 2) być oczojebnego (przepraszam, ale inaczej się nie da) koloru, 3) mieć mnóstwo falbanek i 4) świecić się. Gdy byliśmy ostatnio w Pamukkale miałam okazję zobaczyć parę robiącą sobie taką narzeczeńską sesję. Wyglądało to tak: :D :D :D


W kulminacyjnym momencie zaręczyn para młoda zakłada sobie na serdeczne palce prawych dłoni złote obrączki. W dniu ślubu obrączki te przełożą z prawych na lewe dłonie. Obrączki są połączone czerwoną wstążką, którą przecina najczęściej senior rodu lub ojcowie. U nas przecięła teściowa :D Poza tym rodzice zakładają przyszłej pannie młodej złotą biżuterię. Jest to taki pierwszy prezent weselny. Najczęściej są to złote bransolety (koła), albo komplet typu naszyjnik i kolczyki. Panu młodemu czasem kupuje się zegarek. Moda na pierścionki zaręczynowe dopiero się w Turcji pojawia, ale taki pierścionek dziewczyny otrzymują raczej na tych bardziej prywatnych zaręczynach, takich między sobą. Warto nadmienić, że złoto jest w Turcji prezentem nie tylko dla panny młodej, ale też dla pana młodego. Do tego tematu powrócę przy opisie wesela.

Złote bransoletki - typowy turecki prezent weselny


Zaręczyny to trochę takie przedstawienie dla gości z młodą parą w roli głównej. Młodzi muszę przez cały czas tańczyć i zabawiać gości, bo gdy tylko usiądą, wszyscy pozostali również udają się na spoczynek i momentalnie impreza zamiera. To nie jak u nas na polskich weselach, że są przerwy od tańczenia, goście siadają do stołów, podawane jest jedzenie itd. Na tureckich zaręczynach nie ma żadnego jedzenia, nie ma też często stołów. Jest wyznaczone miejsce do tańczenia i mnóstwo plastikowych krzeseł dla gości plus podwyższenie ze stołem i super przystrojonymi krzesłami dla młodej pary. Na bardziej wypasionych zaręczynach rozdawane są napoje gazowane, najczęściej w puszkach. Alkoholu oczywiście brak. Impreza kończy się około północy.

Nom. Myślę, że na dzisiaj starczy. Ciąg dalszy nastąpi :)






niedziela, 1 czerwca 2014

Notka z podróży - białe tarasy Pamukkale

Notka z wesela wciąż jest w przygotowaniu. Chciałam Wam jednak opisać okolicę, w której miało ono miejsce. Sama impreza z racji pochodzenia panny młodej organizowana była w mieście Denizli. Denizli samo w sobie jest typowym miastem przemysłowym, słynącym głównie z tekstyliów, ale skarb okolicy położony jest ok. 10km za miastem. Nazywa się ono Pamukkale i zapewniam, że usłyszy o nim każdy kto wybierze się do Turcji. Pamukkale jest wycieczką fakultatywną oferowaną we wszystkich turystycznych kurortach w kraju, zresztą nie bez powodu.

Pamukkale, które po turecku oznacza dosłownie "biały zamek", to tarasy trawertynowe, które naprawdę zachwycają swoim wyglądem. Tarasy położone są w miejscu pęknięcia skorupy ziemskiej, jest to teren bardzo aktywny sejsmicznie (a przynajmniej taki był w przeszłości). Po jednym z trzęsień ziemi w miejscu tym zaczęła wypływać na powierzchnię ziemi gorąca woda termalna nasycona wapieniem i dwutlenkiem węgla. Bez wdawania się w szczegóły, przy styczności wody z powietrzem wytrąca się węglan wapnia, który pokrywa ziemię białą jak śnieg skałą zwaną trawertynem. Z racji, iż teren jest górzysty, na miejscu powstały białe kaskady, tarasy i naturalne baseny. Formacje są przepiękne i nie skłamię pisząc, że powalają na kolana naprawdę każdego odwiedzającego. 




Już w starożytności wierzono, że woda ta ma działanie lecznicze w rezultacie czego w Pamukkale powstało jedno z największych uzdrowisk świata starożytnego. Woda od ponad 14 tysięcy lat do dnia dzisiejszego wypływa z ziemi, nie tylko na samych tarasach, ale również w okolicy w mniejszej ilości pokrywając podłoże białym nalotem. 

Skała w dotyku przypomina pumeks. Na tarasy nie wolno wchodzić w butach. Przyznam, że powroty z nich bywają trochę bolesne :-)

Tarasy ciągną się przez ok. 7 km
Pamukkale cieszyło się ponoć taką sławą wśród starożytnych, że przyjechała do nich sama Kleopatra, dla której wybudowano specjalny basen sporych rozmiarów z wodą termalną. Basen ten jest dzisiaj udostępniony turystom do kąpieli. Na ile ta historia jest prawdziwa - nie mam pojęcia. W Turcji jest bardzo dużo miejsc związanych z Kleopatrą. Faktem jest natomiast niesamowity urok basenu - turyści kąpią się w szmaragdowej wodzie wśród zatopionych starożytnych kolumn i kwitnących przez cały rok oleandrów. 



Zaraz obok tarasów mieszczą się również ruiny starożytnego miasta Hierapolis - zaplecze uzdrowiska. Biorąc pod uwagę przekonanie o uzdrowicielskich właściwościach trawertynów ciekawostką jest to, że tuż za Hierapolis znajdują się pozostałości jednego z największych starożytnych cmentarzy :-D Przewodnicy tłumaczą ten kontrast bardzo częstymi trzęsieniami ziemi, które nawiedzały starożytnych. 

Hierapolis jest osobną atrakcją samą w sobie. Samo miasto nie jest może najlepiej zachowane, jednak kilka budowli jest wciąż w dobrym stanie, w szczególności antyczny teatr z II wieku oraz kościół św. Filipa, w którym ponoć on sam poniósł męczeńską śmierć. 



Gdy turystyka w Turcji była jeszcze w powijakach, czyli w latach 70.-80. na terenie Pamukkale bardzo gwałtownie zaczęło się rozwijać zaplecze turystyczne. W szczególności atakowane były same tarasy, na szczycie których w rezultacie powstały liczne hotele. Przez niemal sam środek tarasów biegła droga, którą obwożono turystów. Działania te doprowadziły do wysychania tarasów, w związku z czym cały teren objęto parkiem narodowym, Pamukkale zostało wpisane na listę UNESCO i wreszcie zaczęto o nie dbać. Powstałe w najbliższym otoczeniu hotele rozebrano, nie istnieje już też wspomniana przeze mnie droga. Na szczęście proces wypływania wody trawertynowej nie ustał. Obecnie obszar udostępniany turystom do zwiedzania jest dość mocno ograniczony i ściśle kontrolowany. Tarasy podzielono na części, z których tylko jedną udostępnia się turystom. Co kilka lat trasa jest zmieniana. W ten sposób tarasy, które ucierpiały na wizytach turystów w ciągu kilku lat znów pokrywają się śnieżnobiałą skałą. 

Gdy pracowałam jako przewodnik odwiedzałam tarasy każdego tygodnia. Często spotykałam się z zupełnie błędnymi opiniami turystów, że tarasy są zniszczone i nie warto do nich jechać. Uwielbiałam patrzeć na minę pełną zachwytu takich mądrali, gdy wreszcie zobaczyli je na własne oczy. Gdybyście kiedykolwiek mieli okazję odwiedzić to miejsce, jedźcie śmiało i nie przejmujcie się takim straszeniem. Zapewniam, że Pamukkale Was nie zawiedzie :-)

Hotel, w którym spaliśmy z racji wesela był bodajże w pierwszej dozwolonej obecnie linii hoteli w Pamukkale. Z tarasu mieliśmy więc widok na białe skały. Z racji, że chcieliśmy spędzić troszkę więcej czasu ze znajomymi, którzy przyjeżdżali na wesele ze Stambułu, do Denizli dotarliśmy wcześnie rano. Przyznam, że myślałam, że spędzimy czas tak jak kiedyś to bywało w Stambule - pojadając kebaby lub inne przysmaki i tylko zmieniając miejsce do siedzenia :-) Nasi znajomi mieli jednak inne plany. Po szybkim kebabie ruszyliśmy w miasto, dziewczyny miały do zrobienia zakupy tekstylne. Najlepszym miejscem na takie zakupy są centra przypominające bardzo nasze domy towarowe z lat 80. :-) Same zobaczcie:


Taki kolos liczy przynajmniej z 6 pięter :)


Po jednym takim centrum nogi zaczęły mi delikatnie wchodzić wiadomo gdzie. A znajomi rzucili szybko hasło "Pamukkale" :-D Próbowałam nieśmiało zasugerować coś innego, ale jakoś nikt nie reflektował. H. zaproponował, że zawiezie mnie do hotelu skoro jestem zmęczona. Cholera, ok, tylko, że ja też chciałam spędzić z nimi czas (po kompletnym poście towarzyskim od czasów przeprowadzki). Dopiero gdy spotkaliśmy się pod kasą biletową na tarasy, do której również trzeba podejść pod sporą górę koleżanka się nade mną zlitowała i zapytała czy oby na pewno dam sobie radę. Przyznałam szczerze, że nie wiem. W razie czego cupnę sobie gdzieś z boku i poczekam aż wrócą :-D Na to cała męska część towarzystwa (czyli znaczna większość) odetchnęła z ulgą, bo jak się okazało wszyscy mieli podobne obawy :-)) Zeszliśmy więc do parku leżącego dokładnie u podnóży tarasów i popijając coś zimnego podziwialiśmy je z oddali. Na koniec przespacerowaliśmy się aż do ich granicy. Znaleźliśmy miejsce, z którego wypływa trawertynowa woda, można się było nawet popluskać. 

Trawertyn powoli zabarwia podłoże na biało

Pamukkale "na dziko" czyli sposób na zrobienie upragnionej fotki z ominięciem kas biletowych


Dalej wstęp zabroniony :-)

Tureckie oleandry wszędzie się przyjmą :-) W tle na górze widoczny rządek mrówek to turyści zwiedzający to, co widać na początkowych zdjęciach. Patrząc na trasę z oddali, dziękowałam za nagłe olśnienie, że jednak chyba nie dam rady :-]

Dzień był zdecydowanie udany, choć po takim łażeniu wieczorem była po prostu w-y-k-o-ń-c-z-o-n-a, a jeszcze miałam przed sobą tureckie wesele :-) O nim jednak w następnej notce.