środa, 31 grudnia 2014

wtorek, 30 grudnia 2014

3-miesięczny Orzeszek

Właśnie stuknęły nam 3 miesiące. Ten trzeci miesiąc minął nam naprawdę szybko, nie wiem czy dzięki pobycie w Polsce czy też zmianom na lepsze... bo jest ich sporo :)

Najważniejszym wydarzeniem jest z pewnością ustąpienie kolek czy co to było. Po prostu jak ręką odjął. Nasza córcia nie pręży się już w spazmach i nie krzyczy z bólu. Jest dobrze! Wraz z przyjazdem do Polski odstawiliśmy lekarstwa i była to bardzo dobra decyzja, bo okazało się, że Laura wcale ich już nie potrzebuje. Poza tym zaczęłam trochę eksperymentować z jedzeniem. Było więc już troszkę smażonego, codziennie są sery, ba, na Wigilię była nawet łyżka kapusty i na razie jest ok. Wczoraj spróbowałam mandarynki i obyło się bez rewolucji. Pozwalam sobie też na makowiec - na razie nie więcej niż kawałek dziennie i jedną słabą kawkę i jest dobrze. Wiem też, że miód Jej nie uczula. Czuję coraz większą swobodę :)

Drugim kamieniem milowym są... kąpiele :) Nie pisałam już tu o tym, ale wciąż mieliśmy z tym problem. Otulanie Jej pieluszką niby początkowo przyniosło pewną poprawę, ale Laura wciąż była cała spięta i gdy tylko poczuła wodę na główce uderzała w płacz. Później tak naprawdę nie było już żadnej różnicy z pieluszką czy bez. Byłam nieco załamana... Gdy przyjechaliśmy do Polski rodzice namówili mnie by spróbować kąpać Ją jednak codziennie. Poza tym z każdej strony słyszałam opinie by nie przejmować się płaczem i kąpać codziennie. Pomyślałam, że to już chyba ostatnia opcja, której nie wypróbowaliśmy. No więc się zaczęło... Najpierw ryk w niebogłosy dzień w dzień przez niemal 2 tygodnie. A od kilku dni... udaje nam się przetrwać całą kąpiel bez płaczu w ogóle! Wczoraj miałam nawet wrażenie, że zaraz się uśmiechnie! Chyba wychodzimy na prostą :)

Spacery również idą nam lepiej. Nie wiem na ile to zasługa zimna, na ile otulenia kombinezonem i kocykiem, a na ile tego, że jest już po prostu większa... Ale wyprowadzona na spacer zasypia najczęściej po kilku minutach. Wreszcie spacery są przyjemnością. Z racji, że rodzice mieszkają w małej miejscowości, właściwie gdziekolwiek się nie ruszymy jest dobrze - równy teren, spokojnie, motorów praktycznie brak (zmora w Turcji! Zawsze mi dziecko wybudzą!) i równie chodniki. Wychodzimy codziennie na od 20 do 40 minut w zależności od pogody. Pod względem temperatury naszym rekordem jest -5. Dziewczyny, czy mogę wychodzić z Nią również gdy jest chłodniej? Mama mnie trochę nastraszyła i mam wątpliwości, bo dzisiaj temperatura u nas jeszcze bardziej spadła. Z drugiej strony widzę jak dobrze spacery na Nią wpływają (na mnie zresztą też :)) więc ciężko jest mi z nich zrezygnować.

Ogromną zmianą na lepsze jest też to, że nasza córcia wreszcie zaczęła interesować się zabawkami. Położona na macie edukacyjnej potrafi ze spokojem spędzić na niej bez płaczu ok.15 minut. Lubi być zabawiana grzechotkami i wszystkim co wydaje dźwięki. Czarno-białe obrazki tymczasowo poszły trochę w odstawkę, bo Laura woli wpatrywać się w inne, kolorowe wynalazki. Ćwiczymy chwytanie zabawek, a na macie przewrót na brzuszek. Laura strasznie się wkurza, gdy Jej to nie wychodzi. Natomiast przewroty na boki to już dla niej kaszka z mleczkiem, w szczególności gdy może wówczas popatrzeć na telewizor :)

A poza tym:
- Laura waży już pewnie około 6 kg jak nie więcej. Ostatnio ważona była przed naszym wyjazdem z Turcji i waga wynosiła 5200. Ciekawa jestem ile wyniesie po naszym powrocie.
- sporo urosły Jej włoski :)
- wciąż nie wiadomo jakiego koloru będą Jej oczy; na razie są brązowe z niebieską obwódką - słowo daję!
- ślini się na potęgę i ciumka paluchy. Trzymana na rączkach lubi też polizać sobie moją bluzkę :)
- jest dość pogodnym dzieckiem; całkiem chętnie rozdaje uśmiechy
- po czyszczeniu nosa robi minę z widocznym wkurwem :D
- uwielbia, gdy się do Niej mówi, słucha wtedy z uwagą
- nie lubi leżenia na brzuszku
- wciąż w nocy męczy Ją sapka
- budzi się najczęściej około 7:30 choć zdarza się, że dociągnie nawet do 9 :)
- ku mojej zgrozie jest telemaniaczką! Kto to widział by 3-miesięczne dziecko przerywało sobie ssanie cycka po to by spojrzeć na telewizor! Albo z całkowitym spokojem i wyraźnym skupieniem oglądało bajkę! Najśmieszniej jest, gdy H. włącza listy przebojów na np. MTV - Laura jak zaczarowana ogląda teledyski, a gdy na ekranie pojawia się prowadząca z zapowiedzią kolejnego przeboju Mała od razu wyraża swoje niezadowolenie :)

Naszym jedynym na chwilę obecną problemem są wciąż drzemki w ciągu dnia. Średnio co 1,5-2 godziny kończą Jej się baterie więc przystępujemy do usypiania. Przyjęliśmy z H. najpopularniejszy turecki sposób bujania na nogach (siadamy, wyciągamy przed siebie nogi, kładziemy poduchę, na nią Laurę i delikatnie bujamy prawo-lewo), który jest super skuteczny i Laura dość łatwo zasypia. Śpi jednak mega płytkim snem i przeniesienie Jej gdziekolwiek jest praktycznie niemożliwe. Odłożona do łóżeczka wybudza się po maksymalnie 10 minutach, a często jeszcze szybciej. Nawet gdy delikatnie wysuwamy nogi spod poduszki, żeby się uwolnić, momentalnie się budzi. Jednym słowem jesteśmy udupieni. Wciąż ktoś musi być do Niej przyklejony. Próbowaliśmy też usypiania w domu w wózku. Również wybudza się tak szybko...

Oprócz tego jest... idealna :) Wiem, wiem... piszę tak słodko-pierdząco, ale kocham Ją z całych sił. Uwielbiam, gdy przytula się do mnie w nocy, gdy zasypia z rączką na piersi albo z policzkiem przytulonym do cycka po karmieniu. Gdy rano wita mnie swoim bezzębnym uśmiechem. Gdy przestaje płakać gdy biorę Ją na ręce. Moja! Moja! Moja!!!


Spanie "na filozofa"


Grzechotka jest spoko, ale nie tak jak TV
Nowa kumpelka naszej córci

Buziaczek powstrzymany przeze mnie w ostatniej chwli :)

sobota, 27 grudnia 2014

Już po Świętach

Jak to się dzieje, że na Boże Narodzenie czeka się całymi tygodniami, a potem rach-ciach i już po wszystkim? No u nas tak było. Znowu :)

Ze względu na Laurę byłam tym razem dość wyłączona z świątecznych przygotowań. Mama zresztą oglądała chyba w tym roku dużo Pani Gadżet i wyposażyła się w takie wynalazki, że siłę roboczą moich rąk można było z łatwością zastąpić siłą mechaniczną. Takie krojenie sałatki na przykład. Rany, ile ludzi trzeba było co roku do tej czynności zaprzęgać. A teraz wystarczy kubeczek z niteczką ;) raz-dwa i warzywa pokrojone. I like it!

Trochę jednak było mi przykro, że NIC nie mogę zrobić, tym bardziej, że moja mama generalnie pichcić uwielbia, ale do słodkości absolutnie się nie garnie. Czyli groziły nam wypieki z cukierni... no bleh... Ostatecznie dzięki H., który przejmował w tym czasie naszego Orzeszka mogłam pospiesznie skombinować super ekstra makowiec, nasze ulubione ciasto marchewkowe z tego samego przepisu, z którego korzystała Marta (prawda, że jednak jest świąteczne? :)) i ekspresowe ciasteczka św. Mikołaja w zamian za pierniki, które w mojej rodzinie robi się z babci prababci według starego przepisu - niesamowicie czasochłonnego (wraz z wyrabianiem i pieczeniem to robota na 4 dni) i mało ekonomicznego ;) Wszystkie wypieki się udały, miałam porobić zdjęcia, ale no... za późno sobie przypomniałam ;)

Śniegiem u nas niestety nie posypało. W Wigilię cały dzień lało i całkiem mocno wiało. Przez tą paskudną pogodę przez całe 5 dni kisiliśmy się w domu, bo niestety nie dało się wyjść. Nie wiem kto gorzej na to zareagował - ja czy Laura. Suma sumarum mnie zaczął dopadać wkurw przy byle gównie, Laura z kolei zaczęła wariować przy zasypianiu (marudzenie od 16, o 18 kąpiel, zasypianie i po 30 minutach oczy jak 5zł i tak średnio do 23 kiedy spać szłam również ja...). Ale już w pierwszy dzień Świąt doczekaliśmy się białego puchu i choć nie napadało go zbyt wiele to jednak atmosfera mocno się zmieniła :) 

Wigilia z kolei minęła nam trochę na wariackich papierach. W ogóle było to spore wyzwanie organizacyjne, bo do tej pory przyjeżdżała do nas babcia ze swoją mamą, czyli moją prababcią, która (pewnie nie uwierzycie) ma obecnie 105 lat. Zdrowie prababci, przede wszystkim to psychiczne, mocno się jednak pogorszyło w ostatnim roku i rodzice stwierdzili, że nie nadaje się już do transportu pomimo, że to 5 minut samochodem. Żeby więc nie było mojej babci smutno, rodzice zaplanowali obskoczyć dwie Wigilie :) Nie było to jednak takie proste przy prababci i Laurze... Ostatecznie kolację przesunęliśmy na wcześniejszą godzinę po to by po niej rodzice mogli szybko pojechać jeszcze do babć i żeby Laura nie wykończyła nas swoim marudkowaniem... Oczywiście nie udało nam się razem usiąść do wigilijnego stołu. Co jedną potrawę przerzucaliśmy sobie Laurę do rundek wokół stołu :) Potem trochę pospała mi na ramieniu, trochę popłakała i tak nam ten wieczór w skrócie minął :)

Ale pomimo tej bieganiny było całkiem świątecznie choć przyznaję, że z nadzieją myślę o Wigilii za rok, kiedy nasza pociecha będzie potrafiła chociaż usiąść i tym samym odciążyć nas na tą chwilkę.

Święty Mikołaj bardzo się w tym roku spisał i przyniósł naszej córci piękne prezenty. Przede wszystkim numerem 1 jest mata edukacyjna. O niej napiszę chyba osobny post, bo jest po prostu genialna! Bujaczek cieszy się mniejszym zainteresowaniem, ale też daje radę. Moim faworytem jest z kolei Tula. Wraz z wkładką dla niemowlaków, ale na razie zdążyliśmy wsadzić do niej Laurę raz i akurat wstrzeliliśmy się w Jej kiepski humor więc reakcję jaką dała na ten zakup nie uważam jeszcze za wiarygodną ;)

A jak Wam minęły Święta? Posypało śniegiem?

Nasza Laurencja przed Wigilią tryskała dobrym humorem...

po to by w kulminacyjnym momencie kręcić na wszystko nosem :)

Pierwszy dzień Świąt minął nam w lepszym nastroju :)
Mama pozuje do zdjęcia z córcią, a córcia... zerka na telewizor of kors!

Tak sobie spacerujemy w Polandii!

Nasza familia



środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt!!!

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzymy Wam 
niezapomnianych rodzinnych chwil i dużo, dużo magii!
Aby wszystkie wypieki się udały, ba, powaliły wszystkich na kolana!  
Aby dzieci były grzeczne, a mężowie niewk***
 Aby słońce świeciło dla Was codziennie, zdrowie dopisywało, a diety przychodziły z łatwością i dawały super rezultaty!
 Jednym zdaniem - spełnienia wszystkich marzeń!


PS. Dlaczego, dlaczego ZNOWU nie ma śniegu na Święta????!!!!

wtorek, 16 grudnia 2014

Słów kilka o połogu

Dziś temat mało świąteczny, a mianowicie połóg :) U mnie zakończył się już dawno temu, ale korzystając z pobytu w Polsce wybrałam się do ginekologa. Jest to więc taka kropka nad "i" i okazja by pociągnąć temat.

W Turcji na wizyty kontrolne po porodzie się nie chodzi (sic!). Niby znam to państwo od podszewki, a i tak zadziwia mnie na każdym kroku :-] po porodzie nikt nawet nie zainteresował się moimi szwami. Po prostu nikt. Nawet nie powiedziano nam czy się rozpuszczą, czy trzeba będzie ściągać. Żeby się dowiedzieć, musiałam wysłać H. na spytki do pielęgniarek. Stwierdziłam więc, że skoro baby nie  chodzą tam do lekarza po skończeniu połogu, nie ma sensu, żebym się tam pchała i miała lekarzowi tłumaczyć na co ma patrzeć :]]]

Na wizytę umówiłam się będąc jeszcze w Turcji. Termin wyznaczony na 19:00 dzień po naszym przyjeździe. Dobrze, że umawiałam się jeszcze z Turcji, bo gdybym wiedziała, jak nasza sytuacja będzie wyglądała w Polsce to chyba bym się nie odważyła (ale o tym następnym razem). W każdym razie odciągnęłam porcyjkę mleka (Laura jednak potrafi pić z butelki, ale tylko wtedy gdy jest naprawdę głodna) i z duszą na ramieniu wybrałam się w wiadomym celu. Byłam już w drzwiach, gdy zaskoczył mnie tata gotowy do wyjścia razem ze mną :D Heheh, mój tata - od niedawna emeryt, nie jest przyzwyczajony do nic-nie-robienia, wiecznie wyszukuje dla siebie nowe zadania. Nie miałam siły z nim dyskutować (tym bardziej, że wiem, iż to zupełnie bez sensu - taki z niego uparciuch), skomentowałam więc tylko, że pierwszy raz z ojcem do ginekologa pojadę, no ale trudno :-]

Po drodze zaczął tak intensywnie padać śnieg, że w moment zmienił się cały krajobraz. Było biało, zimowo - świątecznie! Tata oczywiście zaraz zaczął podkreślać, że jak dobrze, że wybrał się ze mną, no bo przecież w taką pogodę prowadzić auto to nie lada wyczyn!

W poczekalni szybka odliczanka - 6 bab plus jedna w gabinecie. Okazało się, że umówienie wizyty na godzinę to jedno, a rzeczywistość to drugie :-] Tata zaczął głośno komentować co myśli o takiej organizacji i również głośno pyta mi się czy te dwie starsze panie (siwiuteńkie babcie) również czekają na wizytę. Odpowiedziałam przez zęby, że jak go to ciekawi to niech je zapyta... Trochę spanikowałam, bo nie brałam pod uwagę dłuższej nieobecności w domu niż godzinka. 19:00 to akurat czas, gdy usypiamy Laurę i moja obecność jest wówczas kluczowa :) Stwierdziliśmy z tatą, że czekamy do 20, jeśli do tej pory nie uda się wejść do gabinetu to jedziemy do domu.

Zamiast czekać pod gabinetem puściliśmy się do Biedry - ahh te polskie zakupy! Nic to, że w Biedrze same produkty firm-krzaków, o których w życiu nie słyszałam, narzekać nie będę. Wróciliśmy po niemal 20 minutach, a tam... jedna baba  w poczekalni. Tata znowu okazał się mistrzem komentarzy i cała recepcja usłyszała, że "w tak krótkim czasie to nawet w oczy nie zdążyłby spojrzeć 5 babom" :) :) :)

Wizyty opisywać nie będę ;) Generalnie wszystko ok, mój szew został pochwalony, że równy (a myślałam, że pani Ayse spartoczyła sprawę, bo przecież szyła mnie kiedy ja cała w drgawkach podskakiwałam na stole co parę sekund), aczkolwiek podobno "mocno mnie ciachnęli" :-]

Dostałam receptę na tabletki anty i wio do domu.

Z połogiem generalnie nie miałam problemów. Wszystko całkiem szybko się skończyło i nie było tak krwawo jak się tego spodziewałam. Moje wyobrażenia jednak trochę odbiegały od tego jak to wszystko wyglądało w rzeczywistości. Bez wchodzenia w szczegóły, nikt mi na przykład nie powiedział, że ogolenie się do porodu ma również swoją czarną stronę.... :-> Wiecie o co mi chodzi? Ano o to, że włosy jednak, kurde, odrastają i w końcu osiągają długość 1cm kiedy to nawet i bez rany w wiadomym miejscu można oszaleć podczas chodzenia :>>>> Mnie się to przydarzyło dokładnie tydzień po porodzie i myślałam, że zwariuję. Na początku nawet nie skumałam w czym rzecz i byłam przekonana, że coś mi się zaczęło paprać. Pamiętam, że byliśmy wtedy na kontroli bilirubiny u Małej i przy okazji zahaczyłam o porodówkę, znalazłam jakąś pigułę i kazałam sobie zaglądać. Położna stwierdziła jednak, że wszystko ładnie się goi więc nie mogłam rozkminić o co kaman. Ten i kilka następnych dni spędziłam chodząc w rozkroku :D

Na dzień dzisiejszy nie mam żadnych problemów. Żadnych oprócz jednego, który ciągnie się za mną już od porodu. Ból kości ogonowej. Też to miałyście? Na początku był strasznie dotkliwy - w szczególności przy wstawaniu i siadaniu, ale też przy leżeniu długo w jednej pozycji, na przykład na boku. Teraz mogę już normalnie siadać, ale gdy odchylę się do tyłu lub spędzę kilka godzin leżąc na boku (czyli codziennie śpiąc z Laurą w łóżku) czuję rwący ból. Powiedziałam o tym polskiemu ginekologowi i nie był tym faktem zachwycony. Powiedział mi jednak tylko, że przed drugą ciążą powinnam zrobić sobie rentgen tego odcinka, bo może podczas porodu kość pękła albo się przemieściła. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to brzmi dosyć poważnie i zastanawiam się nad wizytą u ortopedy jeszcze przed powrotem do Turcji, chociaż ze względu na Święta nie jest to łatwe zadanie.


niedziela, 14 grudnia 2014

Wyprawa do Polandii

Wydawało mi się, że będę miała tu w Polsce tyle czasu, że będę mogła i wypić kawkę i poczytać gazetkę, ale niestety nic z tego. O tym dlaczego następnym razem, teraz szybko ogarnę naszą podróż do Polandii.

Jednym słowem – dotarliśmy.

Jak minęła podróż? Całkiem nieźle.

W drogę wyruszyliśmy o 6 rano. Na początek lajcik – niecała godzinka na lotnisko, Laura pięknie przespała niemal całą trasę. Na lotnisku wrzuciliśmy ją do wózka. Przezornie podłożyłam pod materacyk kołderkę tak by mogła się rozglądać dookoła. Podziałało! Obudzona obserwowała z uwagą otoczenie. Odprawa troszkę trwała, bo okazało się, że bilety, które kupiliśmy oddzielnie na trasie najpierw do Stambułu i potem do Berlina i później telefonicznie połączyliśmy je w lot z przesiadką wcale nie są połączone. Dla nas oznaczałoby to tyle, że musielibyśmy odbierać bagaż w Stambule i ponownie go nadawać, czego bardzo chcieliśmy uniknąć. Ostatecznie udało się sprawę załatwić, pani ze stanowiska wydała mnie i Laurze bilety również na kolejny lot, ale coś w systemie, nie wiadomo bliżej co, nie zaskoczyło i H. miał się ponownie odprawiać w Stambule. Postanowiliśmy więc skorzystać z wszystkich przywilejów jakie dawała nam obecność Laury - czytaj obsługa bez stania w kolejce :-) 

Szybko nadaliśmy bagaż i dalej wio, z Małą w gondolce. Marudziła tylko wtedy, gdy musieliśmy się zatrzymać - np. stojąc w kolejce do otwarcia gejta.

Ku mojemu zaskoczeniu nikt nie marudził na widok naszej gondoli. Przypominam, że Turcy wożą maluszki w fotelikach samochodowych, a takie ciut większe w parasolkach, które oczywiście składają się do minimalnych rozmiarów. Z racji, że praktycznie nie podróżują nigdzie z niemowlaczkami, na lotniskach widać tylko parasolki. Obawiałam się co powiedzą na naszego Mutsego - bo chocby był jedną z mniejszych gondoli to jednak przy parasolce to dwuczęściowy gigant. H. był cały zestresowany tym jak się z nim obejdą. Mieliśmy oddać wózek przy wejściu do samolotu. H. już wyobrażał sobie najgorsze scenariusze - że nam go połamią, że będzie padał deszcz i gondola się pobrudzi. Albo, że wózek dostaniemy potem razem z walizką na taśmie, co jest niemal jednoznaczne z tym, że ktoś nią kilka razy rzuci. Do samolotu wchodziliśmy z rękawa. Przy wejściu H. zapytał czy możemy wnieść gondolę do środka. Obsługa niezbyt była tym zachwycona, powiedzieli, że jeśli miejsce obok nas będzie wolne, to ewentualnie możemy. Miejsce obok nas faktycznie było wolne, ale nam, uwaga uwaga, udało się wcisnąć gondolę do luku na bagaż podręczny! :) Było to super rozwiązanie, bo nie musieliśmy się o nią martwić i gdyby Laura była bardziej skłonna do współpracy, można byłoby ją też ułożyć w niej wygodnie do spania. Także gdyby się ktoś kiedyś zastanawiał nad podróżą samolotem z gondolką Mutsy - polecam :)

W samolocie trafiły nam się miejsca w środku - takie sobie, ale lot trwał tylko 80 minut, Przy starcie przeczekałam kołowanie i gdy tylko samolot wzbił się w powietrze elegancko wyciągnęłam cycka. Mała przyssała się i grzecznie zasnęła. Niecałe 15 minut po tym jak wypłuła z buzi cycka usłyszeliśmy komunikat o podchodzeniu do lądowania. Całą trasę z domu do Stambuły przebyłam więc z cyckiem na wierzchu :-]

W Stambule stelaż wózka faktycznie czekał na nas zaraz po wyjściu z samolotu. Postanowiliśmy najpierw rozprawić się z odprawą H. Podeszliśmy do kontuaru by pokazać się z Laurą i poprosić o pierwszeństwo w kolejce, a pani odpowiedziała nam, że ona nie wie czy może nas obsłużyć... No co za gulina. H. zrezygnowany ruszył w stronę końca kolejki, a ja zapytałam grzecznie ludzi czy możemy wbić się przed nich. Laura świetnie wyczuła moment i natychmiast zaczęła marudkować :) Nikt nie protestował :)

W Stambule mieliśmy niemal 3-godzinną przerwę w podróży. Załatwiliśmy więc śniadanie, przewijanie, posnuliśmy się po strefie bezcłowej. Martwiłam się, że przy przechodzeniu przez każdą bramkę będziemy musieli wkładać wózek na taśmę do skanu. Raz, że trochę byłoby z tym roboty, bo ciężki i pewnie nie zmieściłby się z kołami. No i Laurę trzeba by było wyciągać, czyli czasem przerywać jej cenne drzemki. Przypuszczam, że wynikało to trochę z lenistwa tureckiej obsługi, ale przez bramki przejeżdżałam razem z wózkiem, a potem kazano mi przechodzić samej jeszcze raz. Czasem macali trochę wózek, ale dziecka nie kazali wyciągać.

Czekając na drugi lot starałam się nie ułatwiać jej drzemki, bo wolałam, żeby pospała w samolocie. W końcu mieliśmy przed sobą jeszcze prawie 3 godziny w powietrzu. Skończyło się to na tym, że po wejściu do samolotu była już tak śpiąca, że mowy nie było, żeby z nią usiąść. Właśnie te momenty były najtrudniejsze - gdy czekaliśmy, aż ludzie ulokują swoje bagaże i usiądą, a potem samolot wystartuje. Między fotelami jest naprawdę mało miejsca, a nasza córcia nie bardzo reflektuje na zabawianie na kolanach. Chodzic, panie, chodzić! Ewentualnie bujać na wyciągniętych nogach (o tym też kiedyś muszę napisać) co oczywiście w samolocie, ba, w jakimkolwiek środku transportu jest niewykonalne. Miejsca trafiły nam się tym razem z tyłu samolotu. W sumie to się nawet ucieszyłam, bo było blisko do kuchni na tyłach. Od razu poszłam tam przywitać się ze stewardesami i uprzedziłam, że odwiedzimy je, gdy dopadnie nas kryzys :) Aż do ostatniego momentu przed wystartowaniem spacerowałyśmy sobie między fotelami. Miałyśmy też niezłą miejscówkę między kiblami - tam było trochę więcej miejsca. Byłam tak przejęta sytuacją, że nie zauważyłam, gdy Małej się kimnęło :) Do tego zasnęła tak twardo, że nawet nie zareagowała, gdy po wystartowaniu w obawie o jej uszy wcisnęłam jej do buzi cycka. Trochę byliśmy przestraszeni czy nie przyjdzie nam potem za to zapłacić, ale z drugiej strony wszystko wydawało się wyglądać idealnie - Mała w głębokim śnie już na starcie :D To może teraz z godzinka spokoju przed nami? :) Ojjj naiwność... Gdy tylko samolot osiągnął wysokość, Laura otworzyła oczy. I uwaga, uwaga - to by było tyle ze snu podczas całego lotu!

No nie chciała zasnąć za jasną anielkę.... Spacerowałyśmy więc między fotelami, bujałyśmy się przy kibelkach, z racji, że znowu mieliśmy wolne miejsce obok siebie, kładłam ją na wolnym fotelu i zabawiałam czym popadnie. Na szczęście córci dopisywał dobry humor. Rozglądała się z zaciekawieniem na wszystkie strony. Ja z kolei byłam napięta jak ta struna... w obawie kiedy zacznie ryczeć :-] Dwoiłam się więc i troiłam, żeby do tego nie dopuścić i z niecierpliwością spoglądałam ile minut zostało do lądowania. Nad Budapesztem zmieniłyśmy pampka :) raczej hobbistycznie, żeby nam czas szybciej minął :D Z racji, że to tylko siuśki, to nie próbowałam nawet wbijać do kibelka. Nienawidzę kibli w samolocie. Człowiek w pojedynkę ma tam problem by się rozebrać, a co dopiero z dzieckiem. Widziałam tylko, że półka do przebierania dziecka jest centralnie nad kiblem więc zupełnie mi się nie uśmiechało zanosić tam Laurę.

W końcu dotarliśmy nad Berlin, przyszła więc kolej na cycka :) Po 20 minutach byliśmy już na lądzie. W Berlinie czekała nas jednak niemiła niespodzianka - z samolotu na lotnisko przechodziliśmy pieszo (!) i nikt nie wystawił nam stelażu wózka, Pobiegłam z prośbą do pracowników, ale jedyne co usłyszałam to NEIN! Cóż, witamy w Europie - żegnaj wschodnia życzliwości ludzka! Był to mały dramacik, bo przez to oprócz zaplanowanego bagażu podręcznego plus prawie 6-kilogramowego klopsika w postaci Laury mieliśmy teraz do dźwigania również gondolę. Samotna w podróży matka w życiu by sobie nie poradziła. Przy kontroli paszportów znowu skorzystaliśmy z przywileju pierwszeństwa. Mała świetnie wyczuwała te momenty, gdy powinna włączyć syrenę :D Niestety gorzej jej szło wyczucie tego, kiedy powinna ją wyłączyć. Czekanie na walizki minęło nam na słuchaniu laurowego koncertu. Z racji, że nie mieliśmy stelażu, musiałam ją nosić i po chwili myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Laura w kombinezonie - ryczy, wije się i prawdopodobnie gotuje. Ja w zimowym płaszczu, z torbą z laurowymi pierdołami. W kieszeni dzwoniący telefon. Aaaaa!

Gdy w końcu nadjechała walizka i stelaż, wrzuciłam Małą do wózka, a ta zamknęła paszczę. No cud! Czyżby początek romansu z Mutsim? :)

Na lotnisku czekał już mój tata, który przyjechał po nas ze swoim kolegą. Był zachwycony i mega wzruszony widokiem wnusi.

Ja wreszcie odsapnęłam, bo wydawało mi się, że podróż już można uznać za skończoną. Ohh jak się myliłam... Laura w samochodzie najpierw pięknie zasnęła, by po 30 minutach zacząć zawodzenie, które trwało z BARDZO krótkimi przerwami aż do domu... Miałam ochotę wyskoczyć z samochodu przez okno. Wiem, że była zmęczona podróżą i przypuszczam też, że nie podpasował jej fotelik samochodowy. My już nie mogliśmy wziąć naszego, nie chciałam też by rodzice kupowali nowy patrząc na okres jego użytkowania jaki nam pozostał. Rodzice załatwili więc fotelik od "znajomych znajomych". Okazał się jednak całkowitym bublem. Jest głęboki i twardy. Mała wyła i nic jej nie uspokajało.

Ale dotarliśmy do domu :) Po takim koncercie ryk przy kąpieli nie robił już na nas wrażenia. Mała zasnęła w 5 minut.

Prawdę powiedziawszy, ja też :D

Wnioski z podróży?

1. następnym razem nie będę się nawet zastanawiała nad lotem do Stambułu - Laura nawet nie zorientowała się co się świeci
2. cycek w podróży to MEGA wygoda
3. ubranie na cebulkę bardzo się sprawdziło - na lotniskach było chłodno, zdarzało się, że musieliśmy wychodzić na zewnątrz, w samolocie przed startowaniem było gorąco, potem znacznie zimniej
4. jeżeli w samolocie nie ma tych łóżeczek, które podwiesza się przed pierwszym rzędem foteli, miejsca z tyłu są całkiem ok, bo blisko do jedynego kąta w samolocie, w którym można schować się z płaczącym dzieckiem. Minus tych miejsc jest natomiast taki, że non stop przechodzą obok wycieczki do kibelka podczas kiedy ty na przykład karmisz
5. nie ma co się wstydzić tylko trzeba uderzać z niemowlakiem na przód kolejki
6. nasze najważniejsze odkrycie GONDOLKA MUTSY MIEŚCI SIĘ W LUKU. Wchodząc do samolotu do Berlina już nawet nikomu się nie pytaliśmy o zgodę. Steward zatrzymał H. i zwrócił mu uwagę, że nie możemy wnieść jej do środka, ale H. udowodnił mu, że gondolka wchodzi do luku i może nam naskoczyć :D
7. nie nazwałabym podróży z niemowlakiem (jeszcze) przyjemnością, ale jak trzeba to można :)

Na lotnisku w Stambule nie zabrakło świątecznych dekoracji


Jakie te fotele w samolocie interesujące!
Pierwsza odsłona Taty :) Na śniadanku w Stambule

Grunt to się nie zatrzymywać :-]


sobota, 6 grudnia 2014

U Was Mikołajki, a u nas...

Najpierw słowo o Mikołajkach.

Jedno.

Uwielbiam! :-) Od zawsze 6 grudzień oznaczał dla mnie tak naprawdę rozpoczęcie świętowania. Jeżeli świąteczny nastrój nie włączał mi się wcześniej, 6 grudnia wszystkie moje bożonarodzeniowe receptory reagowały ze zdwojoną siłą. 6 grudnia to jest dla mnie dzień pełen magii, nieważne czy za oknem pada śnieg czy nie (choć pamiętam białe Mikołajki jak z bożonarodzeniowej pocztówki!), a to wszystko zawdzięczam moim rodzicom. 

Moja mama wraz z rozpoczęciem grudnia zaczyna dekorować świątecznie dom i włączać kolędy. Tata zaczyna palić wieczorami w kominku i instalować w ogrodzie światełka. Odkąd pamiętam 1 grudnia dostawałam od mamy kalendarz adwentowy z czekoladkami. Raz trafił mi się taki wypasiony, w którym zamiast czekoladek były drobne zabawki i inne pierdołki typu temperówka, gumka do mazania, itp. Jezzu, jak on mi się podobał! Wszystkie kalendarze pieczołowicie zbierałam po to, by w następnym roku przystroić ściany mojego pokoju. A w latach 90. kalendarze były o wiele ładniejsze, wiecie? Teraz trudno jest dostać taki z ładnym obrazkiem. W mojej rodzinie wszystkie te tradycje trwają do dziś. Wczoraj rozmawiałam z mamą przez telefon. W tle słyszałam kolędy. Mama poinformowała mnie, że kalendarze adwentowe dla mnie i H. już czekają (H. od kilku lat bardzo sprawnie ogarnia obydwa i za cholerkę nie potrafi ograniczyć się do jednej czekoladki dziennie) :-) Zamknęłam oczy i już czułam zapach domu. To są właśnie takie chwile, dzięki którym wiem, że po prostu MUSZĘ być w domu na Święta. Nawet gdybym mieszkała na drugim końcu świata, po prostu MUSZĘ wrócić. 


Czy u Was też stawia się buty na parapecie, żeby Mikołaj miał gdzie zostawić prezenty? Dzień przed Mikołajkami to był dzień pucowania butów. Bo w brudnych, rzecz jasna, Mikołaj prezentów nie zostawia, ewentualnie rózgę. A butów do czyszczenia miałam zawsze dwie pary - jedne szły do postawienia na parapet w naszym domu, druga para jechała do domu babci. Kiedy już byłam starsza uwielbiałam późnym wieczorem wychodzić na spacer i spoglądać na buty postawione w oknach domów. Możecie się śmiać, ale u nas wszyscy podporządkowują się tym tradycjom. Moi rodzice też czyszczą swoje buty i dobrze wiedzą, żeby lepiej o tym nie zapominać. Moja mama kiedyś o to nie zadbała i rankiem 6 grudnia spiesząc się do pracy wsadziła nogę do kawioru w kozaku :D

6 grudnia to był też dzień, w którym ubierałam swoją choinkę w moim pokoju. Sztuczną, ale piękną! Co roku na inny kolor - czerwony, złoty, biały... Oprócz tego, na kilka dni przed Świętami tata przywozi zawsze prawdziwą choinkę. Ba, chojnę! Musi być ogromna, gęsta i koniecznie pod sam sufit, żeby wszystkie nasze bombki się na niej zmieściły, a mamy ich od groma i co roku przybywają nowe :D

Od kiedy wyjechałam na studia, Mikołajki spędzam poza rodzinnym domem. Nie ma już tego uroku, ale zawsze wrzucam coś H. do buta, choćby małą czekoladkę. No i ubieram choinkę. W Stambule ubierałam taką miniaturkę, ale była! W tym roku odpuściłam sobie choinkę i dekorowanie mieszkania, bo i tak cały grudzień spędzimy w Polsce. Ale już od przyszłego roku nieważne gdzie będziemy, ze względu na córcię zadbam o wszystkie te tradycje. Chcę, żeby miała takie wspomnienia z dzieciństwa jak ja. To skarb na całe życie.

Mała Kasia z mamą po ustawieniu butów na parapecie :)


A jak my spędziliśmy Mikołajki?

Tym razem trochę nie po chrześcijańsku :D

Pisałam kiedyś, że Turcy wierzą w moc 40 dni liczonych od narodzin dziecka. Jeszcze do niedawna dziecko przed ukończeniem 40 dni nie było wyprowadzane z domu, a kiedyś tam (mam nadzieję) jeszcze dawniej nawet kąpane. Kiedy opowiadaliśmy ludziom o dolegliwościach naszej Laury, o kolkach itp. często słyszeliśmy, że minie, gdy Mała skończy 40 dni. Wtedy też zwołuje się kobiety z okolicy i odmawia modlitwy zwane Yasin za zdrowie i pomyślność dziecka. Modlitwy prowadzi jedna kobieta, czasem żona imama, czasem po prostu ktoś, kto potrafi czytać Koran w oryginale (a nie jest to takie proste). Modlitwy polegają na odśpiewaniu wersetów ochronnych z Koranu. Dziecku przynosi się też upominki - tradycyjnie pieniądze lub złote monetki. Dalsze osoby kupują ubranka.

Jako osoba obserwująca to z boku mogę powiedzieć, że takie modlitwy mają swój urok, swoją moc :) Samo słuchanie tych śpiewów wprawia człowieka w melancholijny nastrój. Modlitwę Yasin odmawia się w celach ochronnych z różnych okazji. W zeszłym roku odmawialiśmy takie za H. gdy szedł do wojska.

Umówiliśmy się z H., że Laurę wychowamy w duchu obydwóch religii, że będziemy obchodzić zarówno święta muzułmańskie jak i chrześcijańskie. Że Laura będzie znała obydwie religie i kiedyś tam, jeśli będzie odczuwała taką potrzebę, zdecyduje, którą chce wyznawać. Z racji, że modlitwy te mają za zadanie zapewnić dziecku ochronę, nie widzę w nich nic złego.

Od narodzin Laury teściowa planowała te modlitwy. Przyznam, że drżałam z niepokoju jak Mała to zniesie - 1) w takim tłumie, 2)w tłumie, w którym każdy będzie chciał Ją dotknąć i ponosić, 3) bez płaczu przez minimum 2 godziny. Przez laurowe kolki modlitwy przesunęliśmy na dalszy termin, ale teraz w perspektywie naszego wyjazdu do Polski teściowa ponownie zaczęła namawiać nas na to przedsięwzięcie. Ostatecznie padło na dzisiejszy dzień. 

Przyznaję, że byłam cała zestresowana, bo bywają takie dni, gdy Laura tylko śpi i ryczy. I często uspokojenie Jej nie bywa wcale takie łatwe. A ja nie chcę karmić w tłumie obcych bab i nie mam też ochoty słuchać miliona pięciuset rad, że płacze bo Jej zimno/bo głodna/bo chora. Do tego wszystkiego w modlitwach tych biorą udział same kobiety, więc nie mogłam nawet liczyć na obecność H. No ale raz kozie śmierć - założyłam, że jeśli będzie wyć to po prostu zmyjemy się do domu.

Jak było? Ha! Allach chyba się nade mną ulitował i zesłał na moją córkę jakieś cudowne objawienie! Na początku Laura z zaciekawieniem rozglądała się dookoła. Po mniej więcej pół godzinie zaczęła wydawać z siebie pojedyncze jęki-zawodzenia typu "łe" i buzia w podkówkę, a potem znowu rozglądanie się :-) Czułam zbliżający się ryk. Gdy "łe" zaczęło się przeciągać, zwinęłam Małą do sypialni teściów i tam zrobiłyśmy sobie maraton karmieniowo-lulaniowy. Lulanie szło nam całkiem nieźle, bo kobiety zaczęły już swoje śpiewy, które działały na Małą uspokajająco :) Niestety niektóre kobiety przyszły z dziećmi, które bawiły się w pokoju obok i co chwilę coś zrzucały, albo trzaskały drzwiami. Laura więc zapadała w letarg po to, by za chwilę się wybudzić. Potem znowu wybrałyśmy się na spacer między ludzi. Na końcu zasnęła (bez płakania!!!!) w moich ramionach. No anioł, nie dziecko!

Żeby była równowaga, gdy tylko goście zamknęli za sobą drzwi zaserwowała nam ryk, że od razu włosy stanęły nam dęba. Moja córka chyba lubi tureckie spędy :-o !!!

Tak, mamo! Nigdy nie zgadniesz jak się zachowam!


wtorek, 2 grudnia 2014

Hity i shity

Uwielbiam czytać na blogach posty o ciążowych i dzieciowych hitach i kitach. Wierzę, że dzięki nim udało mi się uniknąć wiele zakupowych pomyłek. Po dwóch miesiącach bycia mamą udało mi się wygenerować swoją własną listę. Oto ona:

Hity:

1. Może zacznę niezbyt oryginalnie, ale kopertowe bodziaki to naprawdę super sprawa! I wcale nie tylko dla noworodków. Nasza pączusia ma już 2-ce, a wciąż lubię Ją w nie ubierać. Rach-ciach i bodziak założony, bo przekładanie tych normalnych przez głowę nie zawsze jest proste... w szczególności, gdy dziecię wije się i drze w niebogłosy. Ale.. no właśnie. Bez tego "ale" się nie obejdzie. Trzeba uważać na dekolty, bo te często gęsto bywają w tych koperciakach okropnie głębokie. Tak jak jestem zdecydowaną przeciwniczką przegrzewania, tak zdarzyło mi się przebierać Małą w środku nocy, bo nie dawało mi spokoju, że jest taka wygogolona pod szyją :-]

2. Jak już jesteśmy w temacie ubranek to równie dobrze sprawdziły się u nas na samym początku pajacyki z wmontowanymi niedrapkami. Tak naprawdę to nienawidzę niedrapek i wszelkich rękawiczek. Może przesadzam, ale wydaje mi się, że dziecko - takie bezbronne, jest wręcz ubezwłasnowolnione w tych cholernych rękawiczkach. Poza tym to ustrojstwo wciąż spada. Niestety na samym początku nie dało nam się ich uniknąć. Dziecięce paznokcie bywają ostre jak żyletki. Nasza córcia wciąż się gdzieś zadrapywała, czasem nawet do krwi. H. widząc poharataną buźkę córci gotowy był rzucić się na mnie z pazurami, bo gdy tylko mogłam, cichaczem ściągałam Jej rękawiczki. No, ale do brzegu. Moim trochę przypadkowym odkryciem okazały się pajacyki z wmontowanymi rękawiczkami, czyli taką dodatkową zakładką materiału przy mankietach. Chcesz - odwijasz i zakładasz rękawiczkę, nie chcesz - zawijasz i otwierasz rękawek. Polecam!


3. Idąc dalej tropem tekstyliów - daszek ochraniający przed słońcem do fotelika samochodowego. Używamy fotelik Maxi Cosi Citi. Nie wybierałam go osobno - był częścią naszego zestawu wózkowego 3w1. Już tak na marginesie, ale jestem z niego bardzo zadowolona. Jest wygodny, poręczny, z tego co się orientuję dość bezpieczny i przede wszystkim - Laura go uwielbia. Czasem, gdy już nie wiemy jak Jej dogodzić, wkładamy ją do fotelika i bujamy. Tak, tak - za bujaczek też może służyć. Problemem w czasie jazdy i nie tylko okazało się tylko... słońce. Nasza córcia co prawda jest pół-Turczynką, ale jej stosunek do słońca i upałów jest typowo polski :-] no nienawidzi, gdy słońce razi Ją w oczy. Zaczęłam więc na turecki sposób zasłaniać Ją pieluszkami lub chustą, ale strasznie mnie to wkurzało, bo raz, że wiejsko wyglądało to jeszcze szmaty przez cały czas zjeżdżały z fotelika. Aż tu pewnego dnia odkryłam przez przypadek w szafie zapomniany bonus do fotelika - tak, był dołączony do zestawu. Bawełniany czarny daszek. Od razu zamontowałam wynalazek do fotelika i się zakochałam. No bomba! Nie dość, że wygląda bardzo estetycznie, to jeszcze super się sprawdza. Ochrania nie tylko przed słońcem, ale i przed wiatrem. Od tamtej pory już nie zdjęłam go z naszego fotelika. Nie wiem czy można go kupić osobno, ale jeśli tak - polecam, polecam i jeszcze raz polecam!



4. I z maminych akcesoriów - koszule do karmienia "z dziurkami". Znaleźć dobrą koszulę do karmienia to niełatwa sprawa. Guziki, zatrzaski i kopertowe dekolty według mnie są zbyt skomplikowane jak na stan mojego ogarnięcia w środku nocy. Ale taka dziurka to już inna sprawa. Myk - odchylam i  już cycek na wierzchu. Myk - i schowany. O to chodzi! I do tego udało mi się obejść bez misiów, słoników i innych słodkości oraz babcinych koronek. Na porodówce czułam się nawet trochę kobieco. Koszule używam do dziś i patrząc na ceny piżam do karmienia takich na zimę - ze spodniami i długimi rękawami, zaczynam myśleć na obcięciem koszuli do długości bluzki i zestawieniu jej ze spodniami od innych zwyczajnych piżam.


5. A teraz z innej beczki. Pierogi :) Co prawda po porodzie w kwestii kulinariów miałam do pomocy teściową, ale teraz, gdy nasz Orzeszek ma już 2 miesiące, wciąż (często) zdarzają się dni, w których córcia jest dosłownie nieodkładalna i wówczas nie mogę zrobić nic. NIC - rozpoczynając od ugotowania obiadu i kończąc na pójściu do toalety. No a żołądka nie da się oszukać. Wtedy też wyciągam porcyjkę ulepionych własnoręcznie pierogów. Jest ochota na słodkie? - Proszę, oto z serem. Na wytrawne? - Do wyboru: z mięsem i ruskie. I jeszcze je pałaszując wzruszam się na myśl jak to je lepiłam - z brzuchem pod nosem, na ostatnich nogach, przeklinając, sapiąc i pocąc się w sierpniowym upale. Ale warto było. Ba, już wtedy wiedziałam, że warto, choć H. i teściowa niemal się na mnie obrazili, że biorę pod uwagę ewentualność, że nie będziemy mieli co jeść. Ja jednak wyznaję zasadę - przezorny zawsze ubezpieczony, no i ta przezorność bardzo mi się opłaciła. 

6. A teraz ze spraw kosmetycznych. Maltan - maść na sutki. Jest faktycznie tak dobra jak mówią. Te, które są już mamami wiedzą, że początki karmienia bywają ekhm... dość dramatyczne. Jest krew, ból i pot. I Maltan. Posmarowana po każdym karmieniu odczuwałam super ulgę. Pamiętam jak bałam się co zrobię, gdy maść się skończy, bo przywiozłam sobie tylko jedną tubkę :) Na szczęście, gdy byłam mniej więcej w połowie, przestałam odczuwać potrzebę jej używania. Mimo to wciąż jest u mnie w użytku choć już tylko raz - na noc. Dosłownie balsam dla wyciumkanych sutków :-]

7. Pociągając jeszcze wątek kosmetyczny - maść na rozstępy Elancyl. Chwalę, choć w kwestii rozstępów podobno sporo mają do powiedzenia geny. Ja mam to szczęście mieć te dobre, ale z tymi cholerami nigdy nic nie wiadomo. Wolałam więc nie ryzykować i trochę zainwestować w dobrą ochronę. Maść tu w Turcji jest dość droga. Nie wiem ile kosztuje w Polsce, ale pewnie mniej. W każdym razie u mnie się bardzo sprawdziła - zero rozstępów. Jest bardzo wydajna - wciąż nie skończyłam tubki, którą używam od początku 4. miesiąca ciąży. Z tą różnicą, że teraz smaruję sobie cycki. Jednym słowem warto.

8. I ostatnia pozycja w tym zestawie - kosmetyki do pielęgnacji bobasa Bubchen. Zachęcona pozytywną opinią Eweliny i piękną skórą Jej córeczki, kupiłam szampon, płyn do kąpieli i mleczko do ciała. Rezultat? Piękna gładka skórka. No skórka niemowlaka! Do tego łagodny zapach i podobno dobry skład (polegam na opinii mądrzejszych). 


A teraz nieuniknione kity:
1. Wydekoltowane pajacyki. Podobnie do kopertowych bodziaków, nadziałam się kilkakrotnie na pajacyki, które okazały się mieć dekolt prawie do piersi. I powtórzę się - tak jak nie jestem za przegrzewaniem, tak nie mogłam w nocy zasnąć spokojnie myśląc o tym, że Laura jest tak poodsłaniana, tym bardziej, że wiadomo - przykryć Ją po samą szyję kołderką nie mogę. No kit!

2. Karuzela Fehn. Niby niemieckie, a taki bubel. Karuzelę wybierałam długo, oj bardzo długo. Tak długo, że w końcu ubiegł mnie nasz znajomy robiąc Małej prezent. I tak, mając już jedną karuzelę w ręce, stwierdziłam że nie warto inwestować w drugą. Cóż, to się jeszcze okaże. I choć jak przysłowie mówi - darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda, tak z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że trafił mi się bubel. I problem w sumie nie tkwi w marce czy tym konkretnie modelu tylko w mechanizmie. Otóż karuzela jest najprostsza - z jedną zaledwie melodyjką. Ale to nawet i by starczyło, tylko to cholerstwo jest nakręcane. Czyli tak czy inaczej muszę sterczeć przy łóżeczku i co chwilę dokręcać mechanizm. Jedno nakręcenie starczy mi na ekspresową wizytę w kibelku. No shit!

3. Bujaczek-leżaczek Mamas&Papas Tokio Tea Party czy jakoś tam. Dałam się zmylić renomie firmy. Chciałam coś prostego, z melodyjką, ewentualnie wibracją. No i kupiłam. Oczywiście jako niedoświadczona mama nie zwróciłam uwagi na dwie najważniejsze kwestie - czy to się buja i czy oparcie jest regulowane. Otóż nie i nie :( Laura uwielbia bujanie. Wibracje nie robią na niej większego wrażenia. A oparcie to po prostu dramat. Niby producent zapewnia, że leżaczek jest przeznaczony dla dzieci od urodzenia, ale gdy tylko położyłam w nim Laurę od razu zrozumiałam, że to wielka pomyłka. Laurka - wówczas 3-dniowa - niemal siedziała (!) w leżaczku. Same zobaczcie:


Oparcie jest zdecydowanie za wysoko podniesione dla takich maluchów, poza tym jest całkowicie płaskie i po minutce nasza córcia była już niebezpiecznie przechylona w jedną stronę. Pasy trzymają tylko pupkę, ale cały tułów wraz z główką zwisa po bokach. No dramat. Poza tym oparcie jest proste jak decha - z pewnością nie można nazwać leżaczka wygodnym, w którym dziecko miałoby ochotę się zdrzemnąć. Bubel został szybko schowany, a my zaczęliśmy rozglądać się za czymś nowym. No i kupiliśmy jeden z modeli Chicco - prosta konstrukcja, tym razem bez melodyjek i wibracji, ale za to fajnie wyprofilowane, z miękkimi podusiami, trzystopniową regulacją oparcia i bujane. Nie mogę powiedzieć, że nie ma wad, ale jest to zdecydowanie bardziej udany zakup.

4. Chusta Pentelka. Jeśli któraś chce się przezornie zabezpieczyć w średniej jakości chustę, żeby wypróbować czy będzie w ogóle pasowała Wam i dziecku to odradzam. Ja właśnie nie chciałam za bardzo inwestować w chustę i kupiłam taką tańszą, byle by służyła nam do wyjścia do sklepu. Niestety teraz już wiem, że kupiłam prześcieradło nie chustę. Ustrojstwo jest dla mnie za długie, a materiał sztywny. Oczywiście do tego wszystkiego należy też dodać mój brak wprawy w wiązaniu. Z instruktażem z youtube nie daję rady. Wiem niby dokładnie jak ją wiązać, ale nie potrafię dobrze naciągnąć szmaty i ostatecznie i tak muszę Małą podtrzymywać ręką, a przecież nie o to chodzi. 

Na razie to tyle!

sobota, 29 listopada 2014

2-miesięczna Laura

Ostatnio napisanie posta graniczy z cudem. Laura wciąż jest nieodkładalna. Najchętniej przez cały dzień sprawdzałaby na rączkach u mamy albo taty czy z mieszkania nic nie ubyło :-) Zasypia też najlepiej na rączkach i broń Boże odłożyć ją do łóżeczka! Budzi się po góra 10 minutach i zabawa zaczyna się od nowa.

Ale ja dzisiaj nie o tym chciałam :)

Dokładnie dzisiaj stuknęły nam dwa miesiące. Ehh... już teraz wspominamy z H. ze wzruszeniem Jej narodziny i pierwsze dni. Oglądamy zdjęcia i nie możemy się nadziwić jaka była malutka. A to dopiero 2 miesiące minęły! Nasza córeczka zmienia się bardzo szybko. Musimy codziennie robić Jej zdjęcia, żeby nic nie umknęło. No i pisać częściej notatki na blogu, ale gdyby to tylko zależało ode mnie... :-] Mam pozaczynane chyba z cztery posty i wciąż nie mogę znaleźć chwilki by je rozwinąć. No, ale może w Polsce będzie ku temu okazja.

A tymczasem z naszych nowinek...

Byliśmy na kontroli dziecka 2-miesięcznego u naszej pediatry. Trochę tą wizytę przyspieszyliśmy, bo pewnego ranka zauważyłam na paluszku u rączki, że przy paznokciu powstała mała infekcja. Nie wiem jak to się stało, bo paznokcie obcinałyśmy dobre kilka dni wcześniej i podczas obcinania nie było żadnego wypadku. Nożyczki mamy z okrągłą końcówką, więc niby nic nie powinno się wydarzyć. Przeczytałam na blogu u Kasi, co się robi w takich wypadkach - Kasiu, super, że to opisałaś, bo przyznam, że trochę zgłupiałam. Niby to taka pierdoła, że człowiek instynktownie nie bierze pod uwagę wizyty u lekarza, a z drugiej strony trudno manewrować przy takim mikroskopijnym i wiecznie ruchliwym paluszku. Nasza lekarka również zapisała nam maść antybiotyk i na drugi dzień była już poprawa. Sama też go używam, bo od ponad miesiąca mam podobny problem z palcem u nogi i niestety jedyne buty jakie mogę w tej chwili nosić to klapki co w perspektywie wciąż ochładzającej się pogody w Turcji i zbliżającego się wyjazdu do zimowej Polski coraz bardziej mnie martwi :-S 

Poza tym dowiedzieliśmy się, że nasza "Kruszyna" waży już 5200g (to by tłumaczyło rwący ból moich pleców)i mierzy 56cm. Ta długość jest okropnie myląca. Jeszcze w ciąży myślałam, że ubranka "na 56" są naprawdę dla dzieci, które mierzą do 56cm. A tymczasem "56-stki" pożegnaliśmy już z dobry miesiąc temu. W życiu nie pomyślałabym, że pielucha zajmuje tyle miejsca! Obecnie nosimy "62-jki" i już za chwilkę przejdziemy do kolejnego rozmiaru.

Poskarżyliśmy się pediatrze, że Mała w nocy ma problemy z oddychaniem, bo niby zatyka Jej się nos, ale przy odciąganiu nic z niego nie wychodzi opisując obrazowo ;) Lekarka stwierdziła, tak jak podejrzewałam, że to od suchego powietrza w domu. Kupiliśmy więc nawilżacz, ale na razie dużej poprawy nie zauważyliśmy :S

Nasza lekarka obejrzała Laurę z wszystkich stron i wypowiedziała wtedy do H. (hehheheh) wiekopomne słowa "Pana żona zajmuje się dzieckiem bardzo profesjonalnie. Za bardzo mnie Państwo nie potrzebujecie". Oczywiście urosłam przy tym o dobre kilka centymetrów :D a H. uśmiechnął się strapiony, bo od razu załapał jaką broń dostałam do ręki :D Teraz, gdy zwraca mi najmniejszą uwagę, delikatnie przypominam mu kto tu jest profesjonalistą ;-)

Potem byliśmy na USG bioderek. Lekarka stwierdziła, że Mała przykurcza lekko lewą nóżkę, ale radiolog na USG niczego nie potwierdził - wszystkie wyniki są w normie. Dostaliśmy więc zalecenie by trochę ćwiczyć lewą nóżkę dociskając kolanko do brzuszka i wykonując nią półokręgi do pozycji żabki.

Po załatwieniu wizyty z duszą na ramieniu pojechaliśmy do tutejszego Tesco. Z duszą na ramieniu, bo nie byłam do końca pewna czy uda nam się uśpić Laurę w wózku. Pokusa była jednak duża, bo miała to być moja pierwsza od dwóch miesięcy wizyta w porządnym sklepie więc byłam podekscytowana jak pierwszoklasista przed szkolną wycieczką. Pomimo bolącej nogi i strachu przed laurowym płaczem, postanowiłam zaryzykować :) Córcia okazała się dla mnie łaskawa i dała mi niemal całą godzinkę. W obliczu tyyyylu wolnego czasu prawie kompletnie ogłupiałam i z tego wszystkiego nie potrafiłam przypomnieć sobie, co chciałam kupić. Sprawy domowo-gospodarcze szybko jednak zeszły na dalszy plan, gdy zobaczyłam wyprzedaż w dziale dziecięcym, a tam m.in. świąteczne ciuszki od F&F :)))) Laura zyskała więc body w bałwanki, komplecik z reniferkami i jeszcze parę innych piękności, którym po prostu nie mogłam się oprzeć :))

Cieszyłam się z tej wizyty u lekarza, bo przynajmniej zyskaliśmy pewność, że Laura jest całkowicie zdrowa. Niestety w Turcji nie ma zwyczaju badać dziecko pod tym kątem przed szczepieniami, a u nas zbliżała się ta nieszczęsna data szczepienia i to w końskiej dawce.

Wczoraj byliśmy więc na szczepieniu przeciwko gruźlicy, pneumokokom, które tu są obowiązkowe i na koniec pielęgniarka dowaliła Jej jeszcze szczepionkę skojarzoną, czyli przeciwko błonicy, krztuścowi, tężcowi, polio i to dziwne Haemophilus influenzae, na które szczepią też w Polsce. Najwięcej strachu najadłam się przez poczciwą gruźlicę, bo jakoś źle mi się zapamiętało z czasów studiów, że verem (tureckie tłumaczenie) to dżuma :-] H. więc się nasłuchał, że po cholerę taka szczepionka, że w Polsce na to się nie szczepi, że przecież nikt już na to nie choruje. Przekopałam chyba cały internet w poszukiwaniu informacji na temat tego szczepienia i oczywiście za wiele nie znalazłam. Wtedy coś mnie tknęło by wklepać cholerne verem do słownika no i się sprawa wyjaśniła :-] ehh, to życie na obczyźnie... ;-)

Obawa przeciwko temu szczepieniu trochę jednak pozostała, bo naczytałam się jak to się paskudnie goi. Aż trudno mi jest uwierzyć, że w Polsce to szczepienie podaje się dzieciom zaraz po narodzeniu.

Laura oczywiście okropnie się rozpłakała podczas każdego z trzech wkłuć. Serce rozpadło mi się na milion kawałków, nie było mowy bym mogła trzymać Jej rączkę czy nóżkę. Ten ciężki obowiązek spadł więc na H., ja zajęłam się tuleniem po. Bidulka moja... Przez trzy dni mamy Jej nie kąpać, no i trzeba obserwować, bo podobno gorączkowanie jest całkiem normalne. 

Gorączki jako takiej na razie nie odnotowaliśmy, choć widać, że Mała jest ogólnie nie w sosie - marudkuje i bardzo dużo śpi. Oby jutro było już lepiej...

I jeszcze ku pamięci krótki opis naszej 2-miesięcznej córci z mojej obserwacji:
-zaczyna sobie sama ograniczać cycusia, co akurat średnio mnie cieszy, bo w nocy budzi się ze stałą częstotliwością, a w ciągu dnia cycuś był do tej pory niezawodnym zamykaczem drącej się paszczy;
-rozgląda się dookoła i potrafi śledzić nas wzrokiem
-najczęściej uśmiecha się rano choć do końca jeszcze nie jestem przekonana czy te uśmiechy są w 100% świadome
-robiąc kupkę układa usta jak do buziaczka - jest to dla nas najlepszy znak by dziecku nie przeszkadzać :)
-okropnie często miewa czkawkę
-rozebrana do golaska podrywa rączki do góry tworząc balonik nad główką
-wciąż płacze w kąpieli, choć jakby troszkę mniej
-w czasie dobrego humoru popiskuje
-coraz więcej się ślini i ładuje łapki do buzi
-ku zgrozie mamy lubi podglądać co w telewizji
-chyba lubi, gdy Jej śpiewam :)

A tymczasem... do naszej wyprawy do Polski zostało już tylko 11 dni - uwierzycie?! :) U mnie nastrój świąteczny już na całego, co udzieliło się chyba nawet H. :) Mężuś przygotował mi małą niespodziankę i podreperował w nocy naszego bloga, a nawet otworzył nam stronę na Facebooku :) No i podpisał się na dole, co by nie było wątpliwości kto bloga zaprojektował :)) Mamy nawet świąteczny akcent, który bardzo mi się podoba :)

Za dwa dni już grudzień. Huuurrraaaa!!!!







poniedziałek, 24 listopada 2014

Stambuł nam nie straszny

Laura ma ostatnio okres cycusiowo-mamowy. Jest po prostu nieodkładalna. Post ten piszę od 4 dni, Ale w skrócie: jesteśmy w domu. 

Wszystkim tym, które obawiają się podróży samochodem z niemowlakiem mogę ze spokojem powiedzieć - nie taki diabeł straszny, jak go malują. U nas w każdym razie większych problemów nie było.

Tak jak przypuszczałam, Laura zasnęła wkrótce po odpaleniu silnika. Oczywiście nie spała przez całą drogę, bo jechaliśmy 10 godzin, ale obyło się bez większych histerii. 

Nastawieni byliśmy na bardzo częste postoje, a tymczasem nie było ich znowu tak dużo. Jadąc do Stambułu, Mała robiła sobie bardzo krótkie pobudki, więc gdy my się zatrzymywaliśmy na siusiu-pauzę czy na kawę, a Ona spała - nie budziłam Jej. Z racji, że z kupą ostatnio u nas cienko, pampka zmieniałam jej co 3-4h, czyli na całą podróż nie wypadło tego znowu tak dużo. Dylemat miałam jedynie z karmieniem. Mała chyba przyzwyczaiła się do częstego przystawiania, gdy walczyliśmy na początku z wysoką bilirubiną i kazano nam Ją wybudzać co 2h. No i bilirubinę zbiliśmy, ale też bonusowo przyzwyczailiśmy ją chyba do częstego przystawiania. Laura budzi się dokładnie co 2h - słowo daję, jak z zegarkiem w ręku - i domaga się cycka. Czy kiedyś Jej to przejdzie? :-)

No, ale powracając do tematu - oczywiście biorąc pod uwagę kwestię bezpieczeństwa planowałam postoje na karmienia. I właśnie z racji na to, że wypadają one u nas tak często obawiałam się, że podróż do Stambułu nie zajmie nam jak to zwykle 8-9 h tylko z 15 :-D Życie jednak trochę zweryfikowało moje plany. Jak już wspominałam, trasa do Stambułu to praktycznie same autostrady i ekspresówki. Tak się złożyło, że podczas naszej podróży głównie byliśmy na nich... sami. Normalnie jeden jedyny samochód na trasie. Możecie mnie zlinczować, ale chociaż miałam wyrzuty sumienia, na takich zupełnie pustych odcinkach wyciągałam Ją z fotelika i karmiłam w czasie jazdy. Nie wydawało mi się to jakoś szczególnie niebezpieczne choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie powinnam tak robić...

W Stambule pierwszy wieczór minął mi głównie na walczeniu z atakiem kolki. Bidulka się namęczyła znowu... Mogę dać sobie głowę uciąć, że nieźle wystraszyliśmy naszych znajomych przed perspektywą posiadania potomka :-D Swoją drogą, pomyślałam jak to dobrze, że jednak nie zdecydowaliśmy się na hotel, bo przy całej sympatii Turków do dzieci, z pewnością ktoś przyszedłby nam zwrócić uwagę. 

Potem było już tylko lepiej. Polski paszport dla Laury i wizę dla H. załatwiliśmy następnego dnia w rekordowym tempie zaledwie jednej godziny. Do konsulatu jechałam pełna obaw, że Mała da tam pokaz możliwości swoich płuc i wystraszy wszystkich dookoła. Liczyłam na to, że zaśnie podczas jazdy i wniesiemy ją do budynku na śpiąco. A tu córcia odwaliła nam dżołka i co zrobiła? Ano, po krótkiej drzemce obudziła się dokładnie w momencie, w którym podjechaliśmy pod budynek konsulatu :-] 

Byliśmy jednak na miejscu wcześnie, konsul i cała świta mieli akurat przerwę na lunch, więc musieliśmy pół godzinki poczekać - H. dostał pierwszy powód by złorzeczyć na polską biurokrację, bo na dole budynku za bardzo nie było gdzie czekać, a na dworze mocno wiało. Na szczęście pani z recepcji na widok naszego Orzeszka strasznie się nami przejęła i załatwiła nam ciut szybsze wejście. Tzn. mogliśmy wejść do konsulatu wcześniej i w osobnym pokoju poczekać na konsula. Niby niewiele, ale dzięki tej chwili udało mi się ponownie uśpić Małą. Oczywiście na śpiąco wygląda po prostu przeanielsko, więc wszyscy byli dla nas bardzo mili i co najważniejsze, pomocni. H. pobił rekord w tempie otrzymania wizy - tym razem trwało to raptem godzinkę. P

Zdecydowaliśmy wyruszyć w drogę powrotną następnego dnia rano - w ten sposób zyskaliśmy jeden wieczór towarzyski. Fajnie było posiedzieć troszkę ze znajomymi. Wszystko bardzo ułatwił mi teść, który wybrał się w tą podróż razem z nami, by H. nie musiał prowadzić auta przez całą drogę sam. Początkowo mieliśmy go odstawić na miejscu w Stambule do jego znajomych, ale ostatecznie tak jakoś wyszło, że został z nami. Jestem mu bardzo wdzięczna, bo bardzo pomagał mi z Laurą wciąż ją przejmując. Mogłam więc w spokoju zjeść śniadanie, spakować nasze rzeczy czy wypić herbatę.

W drodze powrotnej Mała już troszkę marudkowała. Robiliśmy więc częstsze postoje i kładłam ją na tylnym siedzeniu by mogła sobie odpocząć. Nie było jednak tragedii.

Jednak to co najważniejsze z naszego pobytu w Stambule to kwestia spania. U znajomych mieliśmy do dyspozycji łóżko małżeńskie, w którym przyszło nam spać w trójkę. Laura prześlicznie przespała te dwie noce wtulona we mnie. Sama sobie odnajdowała cycka i zasypiała ponownie. Pierwszy raz od czasu porodu "przespałam" całą noc bez wstawania. Przespałam wstawiam w nawias, bo oczywiście budziłam się, gdy Mała zaczynała się wiercić, ale nie musiałam wychodzić z ciepłego łóżka i ją usypiać - po prostu wypas!!! Po powrocie do domu stwierdziliśmy z H., że nie ma chyba co się męczyć i upierać z kładzeniem jej do łóżeczka, więc stawiamy na luz i robimy tak - wieczorem tradycyjnie ją usypiamy i kładziemy do łóżeczka, podobnie jak za każdym razem gdy się obudzi. Potem ja idę spać i po kolejnej pobudce zabieram ją do naszego łóżka. Jakoś dajemy radę, choć spanie przez całą noc na boku z ręką wyciągniętą do góry jest mało wygodne (czyt. nad ranem jestem cała połamana), ale wciąż dzięki takiemu rozwiązaniu śpimy znacznie dłużej. Nie wiem czy czasem nie strzelamy sobie w piętę, ale chyba nie ma się co spinać. Może brakowało jej mojej bliskości? Tak czy inaczej, w nocy się tulimy. Gdyby nie ból kręgosłupa nad ranem to nie mogłabym na to powiedzieć złego słowa. No, ale coś za coś, nie? :)

Droga do Stambułu minęła nam głównie tak

W drodze do konsulatu

Wjeżdżając na most na Bosforze

Między Europą a Azją

Levent - jedna z najnowocześniejszych dzielnic Stambułu

Orzeszek w czasie przystanku


Stambuł w taką pochmurną pogodę nie jest najpiękniejszy. My też nie mieliśmy czasu by powłóczyć się po mieście, ale musicie wiedzieć, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie w życiu widziałam. Poniżej wrzucam kilka fotek, na tego dowód :)

Wysiadając z promu na Bosforze

Sułtański pałac Topkapi

Widok z Bosforu na Błękitny Meczet i Hagię Sofię

Widok na zabytkową część miasta

czwartek, 13 listopada 2014

Komu w drogę...

Blogowe Ciotki - Wasza rada chyba się sprawdza! Od ostatniego posta zaliczyliśmy dwie kąpiele więc mogę już coś napisać o efektach nowej metody. H. nalał Jej dużo więcej wody i zgodnie z Waszymi radami Laura została włożona do wanienki z pieluszce i było całkiem nieźle! Przede wszystkim mogłam wreszcie dokładnie obmyć wszystkie fałdki i to wcale nie w akompaniamencie dzikiego ryku. Laura wyglądała na całkiem rozbawioną tą sytuacją i w miarę wyluzowaną. Wszystko było ok dopóki nie przyszła pora na mycie głowy. Gdy tylko zmoczyliśmy jej włosy, nagle cała się spieła i uderzyła w ryk. Ale i tak widzimy sporą poprawę, więc pójdziemy dalej tym tropem :) Mam nadzieję, że wkrótce przekona się, że nie ma powodu do płaczu.

Dni mijają nam podobnie. Pomału przygotowujemy się do wyjazdu do Stambułu. Mamy do przejechania 1000km w jedną stronę. Jestem ciekawa jak nam to pójdzie. Jesteśmy umówienie z konsulem na środę, wyjeżdżamy więc we wtorek. Laura bardzo dobrze znosi podróż samochodem więc liczę na to, że większość drogi prześpi. Trasa do Stambułu to same autostrady i ekspresówki, jedzie się naprawdę szybko, ale wiadomo, że czekają nas częste postoje. 

Gdyby któraś z Was zastanawiała się co nam strzeliło do głowy by porywać się z 1,5 miesięcznym dzieckiem w taką podróż już objaśniam - jedziemy załatwić dla Laury polski paszport. No i odnowić wizę Schengen dla H. Laura ma podwójne obywatelstwo, ale żebyśmy mogli odwiedzić dziadków w Polsce na Święta potrzebujemy dla niej polski paszport. A wyrobić go możemy tylko w dwóch miejscach - w Stambule i Ankarze, czyli w każdym przypadku cholernie od nas daleko :-] Niestety nasze polskie prawo wymaga obecności obojga rodziców przy składaniu wniosku. Konsul co prawda był gotowy pójść nam na rękę i stwierdził, że... mogę przyjechać sama :-D Oczywiście nie wyobrażam sobie zostawić Maleńkiej nawet na kilka godzin, nie wspominając o minimum dwóch dniach, poza tym Mała jest wyłącznie na piersi więc takiej opcji nie braliśmy nawet pod uwagę. Konsul obiecał nam wstępnie wyrobić obydwa dokumenty natychmiast, w dniu aplikowania, więc liczymy na powrót w czwartek. 

Długo rozważaliśmy z H. opcję podróży samolotem do Stambułu, tym bardziej, że od strony finansowej wyszłoby mniej więcej to samo. Po długich rozważaniach zdecydowaliśmy się jednak na samochód. Ten bardzo nam się przyda już na miejscu w Stambule, poza tym wydaje nam się, że będzie nam wygodniej w czasie podróży. Będziemy mogli sami zdecydować kiedy się zatrzymać, ukoić Orzeszka, przewinąć itp. Trasa jest naprawdę ładna więc być może suma sumarum cała podróż nie będzie tak męcząca jak gdybyśmy lecieli samolotem.

Poza tym mam małe obawy przed lotem z Laurą. Co prawda skutecznie uspokaja się przy piersi, ale wiadomo, że nie będę mogła Jej karmić przez cały lot. Podróż samolotem może przebiec podłóg dwóch opcji: 1) Mała wpadnie w senny nastrój i będzie kimać przez całą podróż, 2) rozryczy się i będzie się darła wniebogłosy aż do wylądowania. Przyznam się, że w perspektywie niedalekiej podróży do Polski, w przypadku której czeka nas lot z przesiadką (!) w Stambule (czyli godzinka do Stambułu i potem 3h do Berlina) nie chcę się teraz przekonywać którą opcję wybierze. Jeżeli będzie ryczeć to wolę się o tym dowiedzieć już podczas tej docelowej podróży, inaczej przez cały miesiąc (do Polski lecimy 10 grudnia) będę się schizować jak sobie damy radę. 

Pocieszam się jeszcze naiwnie tym, że w ciągu bądź co bądź miesiąca wiele się może zmienić. Może opuszczą nas kolki i Laura będzie pogodnym bobaskiem? :) 

Tymczasem przygotowujemy komplet dokumentów niezbędnych do złożenia wniosku. I tak, czy ktoś jest mi w stanie wytłumaczyć po kiego ch*** do paszportu tymczasowego dla dziecka poniżej 1 roku życia wymagane jest zdjęcie biometryczne????? Czyli głowa na wprost, oczy otwarte i buzia zamknięta (!). Chciałabym zapytać czy głąb, który wymyślał ten przepis miał do czynienia z takim bobasem co nawet główki nie trzyma samodzielnie. Żeby nie męczyć Małej, strzeliliśmy jej fotkę na białym prześcieradle, mam nadzieję, że po obróbce u fotografa to przyjmą. 

A poza tym... załącza mi się już na całego świąteczna atmosfera :D Dziewczyny, już nie mogę się doczekać!!!! Cały rok czekam na te Święta. Po tym jak dowiedziałam się w styczniu, że jestem w ciąży wyznaczyłam sobie w ciągu całego roku tylko dwa punkty - 1) narodziny Małej i 2) Boże Narodzenie, na które przyjedziemy do Polski. Mój nastrój podkręcają rodzice, którzy oczywiście są jeszcze mniej cierpliwi niż ja i już wszystko obmyślają i planują. Dzisiaj pojechali na zakupy dla Małej - łóżeczko, wanienka itp :) Nasze rozmowy na Skypie całkowicie zdominowała tematyka świąteczna, typu co będę mogła jeść i co upichcimy oraz czy Małej spodoba się choinka i to jak ogarniemy nasz przyjazd. Zawsze nie mogę się doczekać Świąt, ale w tym roku jest jeszcze bardziej wyjątkowo. Jeszcze bardziej magicznie. 

Od kilku dni usypiam Malutką nucąc kolędy :)

Jest już po Wszystkich Świętych, czyli mocno z górki. W tym roku ten dzień jawił mi się jak ślizgawka, po której zjadę prosto do Polski na Święta. 

Jeszcze miesiąc bez 3 dni ;) 




niedziela, 9 listopada 2014

Nasze spacery

Na wstępie zaznaczam, że kąpielowej próby z pieluszką jeszcze nie poczyniliśmy, bo wczoraj zwyczajnie stchórzyliśmy przed zakłóceniem w miarę sennego nastroju Orzeszka. No niestety nie dało się tak wymierzyć. Swoją drogą, dziewczyny, zdradźcie mi sekret jak to się robi, że można ustalić godzinę kąpieli? Bo u nas była luźna, między 20 a 21, ale okazuje się, że taki przedział czasowy też jest o dupę trzasnął, bo Mała codziennie zasypia w innych porach. No bo co zrobić jak obudzi się o 18-19? Nie ma takiej siły by dotrwała bez zapadnięcia w kolejną drzemkę do godziny kąpieli czyli potem zwyczajnie przesypia jej porę. Raz spróbowaliśmy Ją wybudzić... Jezzzu, co się wtedy działo :-]

No ale tym razem nie o kąpielach chciałam napisać.

Z racji, że Laura ma już ponad miesiąc usilnie próbuję wypracować jakiś plan dnia. Ba, staram się o to od samego początku, choć jak pewnie każda doświadczona mama wie, nie ma czegoś takiego jak trwały plan dnia z noworodkiem. Oczywiście nie oczekuję od Laury, że będzie "chodzić jak w zegarku", ale jakieś tam drobne przyzwyczajenia mogłaby już przyswoić... 

No więc początkowo jeszcze byłam troszkę zeschizowaną mamą, zresztą walczyliśmy z bilirubiną i takie tam więc na innych rzeczach trzeba było się skupić. Wciąż jednak mój wewnętrzny głos nie dawał mi spokoju przypominając, że powinnam zadbać o spacery. Z racji jednak, że to były moje macierzyńskie początki początków, obawiałam się wyjść sama z Laurą. Ciągałam więc ze sobą H. Wyszło mi to trochę bokiem, bo wciąż się spinaliśmy na tych spacerach. Poza tym H. do południa najczęściej dochodzi do siebie po poprzednim dniu, jest niewyspany i ogólnie nie w sosie. Wreszcie odważyłam się wyjść z Laurą sama. Niestety spacer w naszym przypadku to niezłe przedsięwzięcie logistyczne. Drogi dookoła naszego mieszkania wyłożone są okropnie nierównymi kocimi łbami. Chodników brak. Poza tym mieszkamy bodajże w najwyższym punkcie naszej miejscowości, czyli gdziekolwiek bym się nie ruszyła, z powrotem trzeba byłoby pchać wózek pod górkę (PRAWDZIWĄ górkę). 

Co więc robi Kasia?

Po drugiej porannej drzemce Laury, pakują Ją do fotelika, zanoszę do auta. Mała w międzyczasie najczęściej zdąży się już nieźle rozryczeć. W pośpiechu zapinam pasy i na pełnym gazie ruszam spod domu :) Po minutce w aucie jest cisza :D Niestety droga do naszego hotelu jest krótka więc Mała nie zdąży dobrze usnąć. Tam wyciągam najpierw Orzeszka i potem na raty wózek z bagażnika. Na raty by uspokoić Małą bujaniem jej w foteliku w powietrzu do przodu i tyłu. Normalnie uzależniona od prędkości!

Czasem pomaga mi stacjonujący w hotelu teść - przejmuje Małą na czas, gdy ja ogarnę wózek. Jak mam szczęście to Laura wpadnie w ospały nastrój w ramionach stęsknionego dziadka. Wtedy zostaje tylko włożyć ją do wózka i jazda. Gorzej jednak jak wciąż jest w humorze popłakująco-stękającym. Wtedy wkładam ją do wózka i jeżdżę przed hotelem tak długo aż zapadnie w lekki letarg. Naprawdę nie chciałabym uspokajać jej gdzieś tam na środku ulicy, w dodatku sama. 

Jak już mi się to wszystko uda, idę sobie spacerowym krokiem na plażę, która o tej porze roku jest puściuteńka i delektuję się ciszą :) Turyści już wyjechali, atmosfera jest mocno posezonowa. Znowu słychać śpiew ptaków i szum fal :) Moje uszy odpoczywają od niemowlęcych dźwięków. 

Ostatnio idąc tak sobie puściutką plażą, na której środku zagraniczni turyści-niedobitki rozłożyli sobie cztery szezlongi przyszła mi do głowy taka myśl - skąd ja, do jasnej ciasnej, mam wiedzieć jak ubierać dziecko? No niby wiadomo, że maluch powinien mieć góra jedną warstwę więcej niż my. Pomyślałam o tym jak różnie z H. odczuwamy temperatury, jak on najczęściej marznie, a ja się pocę i spojrzałam na widok przede mną: Turczynki spacerujące w kozaczkach, swetrach i butach Ugg (!!!) i tych turystów opalających się w strojach kąpielowych...

No, ale wracając do tematu - na takim spacerze wszystko byłoby super, ale...

Wciąż czuję lekki stres pt. "co zrobię gdy Laura nagle się obudzi i swoim zwyczajem rozedrze się na całego". 

Do tej pory zdarzyło mi się to raz. Nie, dwa razy. Raz gdy namówiłam H. na rodzinne wyjście. No może nie powinnam, ale miałam akurat taki humor, że chciałam zrobić coś razem. Wszystko ładnie szło, H. nie miał powodów do spięcia, wiatru nie było, latających owadów również, przed słońcem zabezpieczyłam wózek kocykiem zakładanym na budę, chodnik w miarę równy (najrówniejszy w miejscowości!). To wszystko dodało mi odwagi i wypuściliśmy się daleko, aż do końca plaży. No i właśnie na samym końcu z wewnątrz wózka zaczęły dobiegać znajome odgłosy. Na szczęście koniec plaży jest chyba najbardziej ustronnym miejscem na całej plaży. Są też ławeczki. Nie widząc innego wyjścia wyciągnęłam Małą, pobiegłam na ławeczkę i wyjęłam cycka. Oczywiście dyskretnie i tyłem do widowni, bo karmienie w miejscu publicznym jest tutaj bardzo no-no ;-] Cycek trochę Ją uspokoił, ale i tak nie nadawała się jeszcze do wózka. H. musiał Ją trochę ponosić. W międzyczasie zerwał się wiatr. No i znowu miałam to, czego chcieć nie chciałam.

Drugi raz był wczoraj, gdy byłam na spacerze sama. Zapobiegawczo jednak widząc niespokojny sen Orzeszka nie oddalałam się za bardzo od hotelu. Uszłam może z 300m i trzeba było wracać. Resztę spaceru spędziłyśmy w hotelowym ogrodzie. 

Ostatnio Laura w ciągu dnia miewa tak paskudny humor, że aż boję się sama z nią wychodzić. 
No ale trzeba dziecko przyzwyczajać do świeżego powietrza, prawda?

I żeby nie było tak pesymistycznie, bo mi kiedyś córka wypomni :) te chwile, gdy dookoła cicho i zielono, a w wózku mam smacznie śpiące niemowlę są cudowne. Patrzę się wtedy na Jej słodką buźkę i czuję się spełniona.

Zalety spacerów w trójkę - mamy fotografa :)

Jeszcze miesiąc temu lawirowaliśmy tutaj wśród dzikich tłumów

Najwytrwalsi plażowicze

Moje ulubione